O. Michał Barnaba Ptakowski z Kopojna – kaznodzieja, zastępca przeora i kustosz sanktuarium jasnogórskiego

Opracował: Jarosław Buziak

Konwent paulinów jasnogórskich w 1900 r. Pierwszy rząd od góry. Od lewej strony stoją ojcowie: Augustyn Jędrzejczyk, Alfons Jędrzejewski, Romuald Dziemiadowicz, Mikołaj Papieski, Pius Przeździecki, Kazimierz Siedlecki, br. Bazyli Olesiński. Drugi rząd od lewej – ojcowie: Polikarp Kuczkowski, Łukasz Bronzo, Bonawentura Gawelczyk, Euzebiusz Reyman – przeor, Barnaba Ptakowski, Januar Witkowski, Leon Opoński z Zakonu Augustianów. Trzeci rząd. Od lewej strony siedzą bracia: Ignacy Koskowski, Izydor Starczewski, Paweł Ciepliński, Mateusz Krawczyński, Damazy Macoch, Czesław Dąbrowski, Gabriel Suchos.

O. Barnaba Michał Ptakowski, syn Kazimierza i Agnieszki z d. Kłodzińska, urodził się 22 sierpnia 1833 roku we wsi Kopojno. W księdze metrykalnej parafii Zagórów zapisano: „194 Kopoyno. Działo się w Zagórowie dnia dwudziestego dziewiątego sierpnia tysiąc ośmset trzydziestego trzeciego roku, o godzinie drugiey popołudniu. Stawił się Kazimierz Ptak komornik lat dwadzieścia siedm mający w Kopoynie zamieszkały; w przytomności Karola Woytery lat trzydzieści cztery i Jana Witkowskiego lat trzydzieści cztery mających, obydwóch czynszowników w Kopoynie zamieszkałych i okazał nam dziecię płci męskiey urodzone w Kopoynie /:pod numerem 23:/ dnia dwudziestego drugiego bieżącego miesiąca i roku, o godzinie iedynastey z rana z iego małżonki Agnieszki z Kołacińskich lat dwadzieścia siedm maiącey wyznania katolickiego. Dziecięciu temu na chrzcie świętym odbytym w dniu dzisieyszym nadane zostało imię Michał. A rodzicami jego chrzestnymi byli wyżey wymieniony Karol Woytera i Ludwika Witkowska. Akt ten stawiaiącymu i świadkom pisać nieumieiącym przeczytany i przez nas podpisany został. Xiądz Mikołay Wadowski proboszcz”. Rodzina Ptaków mieszkała we wsi od co najmniej pierwszej połowy XVIII w. Ojciec Kazimierz, urodzony 4 marca 1806 r. w Kopojnie, był synem Jana i Katarzyny Krzyżaniak. 27 stycznia 1827 zawarł małżeństwo z Agnieszką Kubacką (ur. 1810 w Kopojnie c.  Aloyzego Kubackiego i Petroneli z Maćkowskich). A po jej śmierci w dniu 10 września 1832 r. poślubił Agnieszkę Jędrzejewską wdowę po Ignacym Jędrzejewskim zmarłym w Świątnikach w 1831 r., córkę Szczepana Kołacińskiego i Małgorzaty z Przybyłów, urodzoną w 1807 r. w Ratyniu. W małżeństwie tym na świat przyszła dwójka dzieci, trzy lata po Michale w dniu 7 października 1836 r. w Kopojnie urodziła się jego siostra Marcyanna.

Michał Ptakowski po przybyciu do paulinów, przez 30 dni odbywał swój postulat i został dopuszczony do obłóczyn. W pauliński habit został obleczony na kleryka przez o. Konstantego Kollarza (vel Kolarza, Kotlarza) przeora i ministra nowicjatu przy kościele św. Barbary w Częstochowie w dniu 10 czerwca 1853 roku i rozpoczął kanoniczny nowicjat. Profesję złożył 7 września 1855 roku. Po ukończeniu studiów w Instytucje Teologicznym paulinów na Jasnej Górze w Częstochowie, otrzymał w dniu 22 maja 1858 roku na Jasnej Górze święcenia kapłańskie z rąk ks. bpa Tadeusza Łubieńskiego sufragana diecezji kalisko-kujawskiej. Następnie został skierowany na wikariusza parafii w Oporowe i pozostał tam do przełomu lipca i sierpnia 1895 roku.

Jasna Góra miała zawsze ogromny wpływ na kształtowanie świadomości narodowej. Ruch pielgrzymkowy w latach przedpowstańczych i powstańczych przez administrację carską był taktowany jako jedna z metod walki z okupantem, ponieważ tłumy wiernych przybywały na wzniesienie w strojach żałobnych, z patriotycznymi sztandarami z polskim orłem i ze śpiewem pieśni i hymnów narodowych, dla których paulini wygłaszali podniosłe przemowy i kazania w duchu patriotycznym. W 1861 roku w Królestwie Polskim żyło 87 paulinów, a wśród nich 37 było w różny sposób zaangażowanych w działalność opozycyjną wobec rządu rosyjskiego. W czasie powstania styczniowego wielu paulinów niosło pociechę duchową w oddziałach powstańczych. O współprace z powstańcami i głoszenie podburzających kazań został oskarżony o. Barnaba Ptakowski i wielu innych ojców, z pośród których o. Bonawentura Gawełczyk został aresztowany 1 stycznia 1867 roku, osadzony w cytadeli warszawskiej i zesłany do guberni nowogrodzkiej na okres 20 lat. Po upadku powstania styczniowego, pod pozorem „reformy klasztorów” władze rosyjskie postanowiły skasować 8 istniejących klasztorów.

O. Barnaba Ptakowski był jasnogórskim kaznodzieją, a od 1 maja 1879 roku zastępcą przeora jasnogórskiego i kustoszem sanktuarium. W archiwum jasnogórskim zachowało się 7 listów z lat 1890–1897 ks. prałata Stanisława Chodyńskiego adresowanych do administratora domu, a potem przeora Euzebiusza Rejmana oraz do kustosza zakrystii jasnogórskiej o. Barnaby Ptakowskiego. Listy do kustosza odnoszą się do sprawy duchowej pewnej penitentki, pozostałe natomiast dotykają spraw personalnych klasztoru, a konkretnie wyrażenia zgody na opuszczenie zakonu przez o. Justyna Spasowskiego i o. Mariana Piotrowskiego. Ponadto ks. Chodyński informuje w nich o przyjęciu kleryków paulińskich do domu seminaryjnego we Włocławku, a także o tym, że za kilka dni przyjedzie do Częstochowy bp Aleksander Bereśniewicz, a z nim ks. Śliwiński i autor listów.

O. Barnaba Ptakowski opiekował się Trzecim Zakonem św. Franciszka na Jasnej Górze. Jako długoletni kustosz budził podziw swą ofiarną posługą pielgrzymom. Był otyły i chory na serce. Od rana do wieczora siedział w zakrystii, przyjmował na msze św. i pełnił wszystkie posługi duszpasterskie, należące do jego urzędu. Z natury był bardzo cierpliwym, cichym i dobrym człowiekiem. Był kapłanem według Serca Jezusowego. Wszyscy go kochali i szanowali za jego szczerość, pokorę i miłosierdzie. W dniu śmierci poczuł się źle, ale nadal służył ludziom i pielgrzymom. Dla potomnych pozostawił po sobie opracowanie Cantionale Romanum (Kancjonał rzymski).

Najtragiczniejszym wydarzeniem w życiu o Barnaby jako zakonnika był pożar wieży klasztornej na Jasnej Górze w dniu 15 sierpnia 1900 r. Po zmierzchu wieża rozjaśniona została niewielkimi językami ognia puszczanymi przez pielgrzymów pochodzących z guberni kaliskiej. Około godziny 11-tej w nocy na najwyższej kondygnacji ukazał się ogień, który objął szczyt wieży i szybko posuwał się ku dołowi. Pomimo niezwłocznie podjętej akcji gaśniczej przez paulinów i towarzyszącym im zastępów strażackich z całej okolicy nie udało się uratować wieży. Żar był tak silny, że nowy zegar oraz dzwony, całkowicie stopiły się. Mury wieży do wysokości prawie szczytu dachu kościoła, uległy przepaleniu i skruszeniu. Trud gaszących nie poszedł w pełni na marne, uratowane przed ogniem zostały budynki klasztorne. Tragiczny pożar spowodował, że o. Barnaba podupadł na zdrowiu.

Zmarł nagle w zakrystii jasnogórskiej w dniu 1 listopada 1900 r., około godziny 15.15, gdy zaczął się ubierać i przygotowywać do odprawienia nieszporów. Pogrzeb odbył się 5 listopada w poniedziałek 1900 roku na Jasnej Górze.

Informacja o śmierci o. Michała Barnaby Ptakowskiego została opublikowana we wszystkich najważniejszych gazetach codziennych Królestwa Polskiego:

Słowo, 03.11.1900, nr 252, s. 2.:

W zakrystyi kościoła na Jasnej Górze zmarł w piątek, skutkiem apopleksyi, Paulin, zakrystyan o. Barnaba Ptakowski, w chwili, kiedy przyjmował ofiary na Msze św.

Kurjer Warszawski, 03.11.1900, nr 304, s. 4.: Klasztor oo. paulinów na Jasnej Górze okrył się żałobą. Oto we czwartek ubiegły w samym dniu Wszystkich Świętych przeniósł się do wieczności ojciec-zakrystjan świątyni jasnogórskiej a zarazem wikarjusz klasztoru, św. p. Barnaba Ptakowski. Zgon nastąpił nagle, na posterunku, przy przyjmowaniu oiiar na msze święto, z powodu ataku apoplektycznego. Ś. p. o. Barnaba, od 22-go roku życia, przywdziawszy sukienkę zakonną, był wiernym sługą ołtarza i Najświętszej Panienki i znany był wszystkim pielgrzymującym do Częstochowy z przymiotów swego charakteru. Ś. p. o. Barnaba urodził się w r. 1833-im, wstąpił do zakonu w r. 1855-ym. Liczył więc w chwili zgonu 67 lat życia i 42 lata kapłaństwa, wikarjuszem zaś klasztoru był od r. 1876-go, t. j. przez lat 24.

Kurjer Codzienny 04.11.1900, nr 305, s. 1.: W klasztorze OO. Paulinów na Jasnej Górze zmarł ojciec-zakrystyan i wikaryusz klasztoru ś. p. Barnaba Ptakowski, tknięty atakiem apoplektycznym. Ś. p. Ptakowski liczył 67 lat życia i 42 lata kapłaństwa.

Gazeta Lwowska, 06.11.1900, nr 253, s. 3.: Zmarli w ostatnich dniach: […] W Częstochowie na Jasnej Górze, 0. Barnaba Ptakowski, długoletni kustosz kościoła jasnogórskiego, w 67 roku życia, z tego 45 lat w zgromadzeniu.

Gazeta Kielecka, 07.11.1900, nr 88, s. 2.: Częstochowa. Zakończył życie nagle o. Paulin zakrystyjan Barnaba Ptakowski. Śmierć go zaskoczyła na stanowisku w zakrystyi przy przyjmowaniu ofiar na mszę. Przyczyną był udar apoplektyczny.

Nowa Reforma, 08.11.1900, nr 255, s. 3.: W klasztorze na Jasnej Górze zmarł onegdaj nagle jeden z najzasłużeńszych zakonników, Paulin O. Barnaba Ptakowski, przeżywszy lat 67, z tego w zakonie Paulinów 45.

Gazeta Kaliska, 09.11.1900, nr 254, s. 2.: W dniu 1-szym b. miesiąca zmarł w Częstochowie ojciec-zakrystjan świątyni Jasnogórskiej i wikarjusz, ś. p. Barnaba Ptakowski. Urodzony w r. 1833 ś. p. O. Barnaba w roku 1855 wstąpił do zakonu, święcenia kapłańskie otrzymał w roku 1858. Wikariuszem klasztoru był od r. 1876.

Gazeta Świąteczna, 11.11.1900, nr 1036, s. 4.: Ksiądz Barnaba Ptakowski. Śmierć zabrała ze zgromadzenia księży Paulinów na Jasnej-Górze w Częstochowie ś. p. księdza Barnabę Ptakowskiego, wikarego i zakrystjana klasztoru. Nieboszczyk chorował już od pewnego czasu na serce. Ostatnia chwila przyszła nagle w sam dzień Wszystkich Świętych, gdy zapisywał w zakrystji ofiary składane przez pobożnych na odprawienie nabożeństw żałobnych w dniu następnym. Pióro wypadło mu z ręki i spokojnie przy spełnianiu obowiązków zasnął w Bogu na wieki. Miał lat sześćdziesiąt kilka. Po odprawieniu nabożeństw żałobnych i wystawieniu ciała w kościele, ś. p. ks. Barnaba pochowany został w grobach klasztornych na Jasnej Górze. J. Grajek.

Biesiada Literacka, 16.11.1900, nr 46, s. 17.: Zgromadzenie O.O. Paulinów na Jasnej Górze poniosło ciężką stratę: w wigilię dnia Zadusznego oddał Bogu ducha wikaryusz klasztoru, ojciec zakrystyan, ś. p. Barnaba Ptakowski. Liczył 42 lata kapłaństwa, zgasł zaś na posterunku, przyjmując ofiary na msze święte. Słodycz obejścia O. Barnaby znana była wszystkim pielgrzymom, którzy się z nim stykali.

Wędrowiec, 17.11.1900, nr 46, s. 10.: (R. W.) Klasztor Ojców Paulinów na Jasnej Górze dotkliwą poniósł stratę przez śmierć zakonnika, który w ciągu długich lat pobytu w zakonie zżył się z tem miejscem, cudami słynącem i był niejako „prawą ręką” księży przeorów. Światły, wyborny znawca przeszłości klasztoru, łagodny i miły w obejściu ś. p. Ojciec Barnaba Ptakowski znany był dobrze pątnikom, jako gospodarz i rachmistrz, bowiem najwięcej miewał stosunków z wszelkiego rodzaju i stanu pielgrzymami.

Pierwszy na stanowisku, zmarły zakonnik od dawna zażywał przywileju odprawiania pierwszej, o godz. 5 rano Mszy św. przed cudownym obrazem Matki Boskiej, w ciągu zaś dnia w zakrystyi przyjmował zapisy i ofiary. W zakrystyi śmierć zaskoczyła też świętobliwego męża, który mógł był jeszcze kilka lat pracować na chwałę Boga, a pożytek klasztoru.

Podczas ostatniego pobytu mojego na Jasnej Górze, we wrześniu r. b. miałem sposobność bliżej poznać tego pogodnego sługę bożego; nikt by wówczas nie mógł przypuścić, że śmierć w tak krótkim czasie przetnie pasmo życia umiłowanego przez wszystkich ojca Barnaby. Miał przecież dopiero lat 67, na pozór duży zasób sił i zdrowia, a przede wszystkiem tę pogodę umysłu, która cechuje ludzi, oddanych sprawom nieziemskim.

Niechaj odpoczywa w pokoju, obok zasłużonych poprzedników w grobowcach wspaniałej świątyni.

Gazeta Świąteczna, 16.12.1900, nr 1041, s. 4.: Zmarli: […] ś. p. o. Barnaba Ptakowski ze zgromadzenia Paulinów na Jasnej-Górze w Częstochowie.

Źródła:

Jan Pietrzykowski, Jasna Góra w okresie dwóch wojen światowych, ODiSS Warszawa 1987, s. 193.

Janusz Zbudniewek ZP, Kontakty ks. Stanisława Chodyńskiego z Jasną Górą, w: Studia Włocławskie, 2007, nr 10, s. 403.

Jan Zinówko OSPPE, Udział paulinów w powstaniu styczniowym, MPS, Kraków 1985, s. 72.

Jan Ziółek, Udział paulinów w Powstaniu Listopadowym, w: Studia Clarmontana, Tom 7, OO Paulinów 1987, s. 333.

Tydzień, 10.03.1895, nr 10, s. 3: – Na Jasnej Górze odbył się ślub d-ra Eugeniusza Borzęckiego, lekarza z Krakowa z panną Liną Gorzkowską, córką sekretarza uniwersytetu Jagiellońskiego. Obrzędu zaślubin dopełnił ks. Barnaba Ptakowski, paulin.

Tydzień, 15.04.1900, nr 15, s. 3: – Obecnie zgromadzenie OO. Paulinów na Jasnej Górze liczy 14 presbyterów i dwóch kleryków. Są nim ks. Euzebijusz REJMAN ur. w r. 1855, przeor; ks. Barnaba PTAKOWSKI ur. w r. 1833, zakrystyjan; ks. Lukasz BRONDZO, ur. w r. 1849, prokurator; ks. Pus Józef PRZEZDZIECKI ur. w r. 1865, profesor nowicyjatu; ks. Leon OPOŃSKI, były augustyjanin, ur. w r. 1823; ks. Marceli FICENES ur. w r. 1828; ks. January WITKOWSKI ur. w r. 1828; ks. Bonawentura GAWELCZYK ur. w r. 1836; ks. Polikarp KRZECZKOWSKI ur. w r. 1840; ks. Romuald Franciszek DZIEMIADOWICZ ur. w r. 1856; ks. Leon MOKRSKI ur. w r. 1857; ks. Maryjan Wacław PIOTROWSKI ur. w r. 1868 i ks. Alfons Franciszek JĘDRZEJEWSKI ur. w r. 1865 – księża; Ludwik Paweł MUSZYŃSKI ur. w r. 1868 i Augustyn Ludwik JĘDRZEJCZYK ur. w r. 1865 – klerycy.

Słyszeliśmy, że wkrótce ma być zorganizowany chór śpiewaków w kaplicy Matki Boskiej; obecny chór bowiem pozostawia wiele do życzenia. Dobrzeby było, ażeby władza klasztorna zajęła się też zreformowaniem miejscowej kapeli, której produkcyje muzyczne dalekie są od doskonałości. Obecnie, gdy wszedzie po kościołach usiłuja zaprowadzić dobre orkiestry, zreformowanie kapeli na Jasnej Górze będzie na dobie; jeszcze przed rokiem nawoływał do tego „Przeglad Katolicki”, który już wtedy wytknął cały szereg wad tej kapeli.

Kurjer Warszawski, 17.08.1900, nr 226, s. 6-7.: U płonącej wieży. (Sprawozdanie specjalne Kurjera warszawskiego.) Pięciowiekowe dzieje klasztoru i kościoła na Jasnej Górze, opromienione bohaterstwem ks. Kordeckiego, uwiecznione mistrzowskiem piórem Sienkiewicza, przez każdego bogobojnego polaka na pamięć umiane – zyskały dzień jeden, dzień historyczny.

Kronikarz zapisze jego grozę, ale pomimo całej obrazowości słów, jakich do tego dobierze, nie zdoła odtworzyć tego potężnego wrażenia, jakie dzień Wniebowzięcia Najświętszej Marji Panny, d. 15-go sierpnia 1900-go r., wyrył w dziesiątkach tysięcy serc pobożnych wierzącego i wiernego ludu, który, zapalony w najdroższych swoich religijnych uczuciach pierwszą iskrą pożogi, stanął murem własnych ramion i piersi, niosąc siły i życie ku ocaleniu przybytku „Panny świętej, co Jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie”. Dzień to był historyczny – rzekliśmy – więc postaramy się z możliwą dokładnością upamiętnić go na karcie Kurjera.

Po znojnym i rojnym dniu odpustu t. zw. „warszawskiego” dla znacznej przewagi, jaką mają tradycyjnie mieszczanie warszawscy, pielgrzymujący, wśród ogółu pątników, do Częstochowy na d. 15-ty sierpnia każdego roku – miasto pielgrzymek układało się już na spoczynek.

Warowne bramy klasztoru Jasnogórskiego opuścili ostatni pątnicy kaliscy, którzy przyjętym zwyczajem, dając folgę dziękczynnej radości za dzień, spędzony szczęśliwie u stóp Matki Pocieszycielki, puszczali ze szczytu wieży głównej kościelnej rakiety. Lubo trwało to od godziny 9-ej prawie do 10 1/4 wieczorem tylko 3 rakiety z tuzina puszczonych dopisały. Nareszcie i za kaliszanami zawarły się wrota klasztorne. Pozamykano je, jak zawsze, z ostrożnościami przed zbrodniczą ręką świętokradcy, jaka w tłumie znaleźć by się mogła.

Ojcowie paulini, po ostatnich pacierzach wieczornych, w celach odmówionych, znużeni całodzienną obsługą wiernych, legli już byli na spoczynek. Ostatni, jak zawsze na stanowisku naczelnego stróża świętego przybytku, układał się do snu, dobrze w winnicy Pańskiej zapracowanego, najprzewielebniejszy przeor klasztoru paulinów, ojciec Rejman.

Była godzina 10-ta min. 45 wieczorem.

Już tylko z walów w okolicy pomnika ks. Kordeckiego dolatywały w ciszy ogólnej w półgłosach śpiewano wyrazy litanji do Najświętszej Marji Panny:

– Święta Marjo! Święta Boża Rodzicielko! Święta Panno nad Pannami! Matko Najmilsza! Panno wsławiona! Wieżo Dawidowa! Gwiazdo zaranna! Królowo Męczenników! Módl się za nami! Zdrowaś Marja!

To gromadka najpobożniejszych z pątników warszawskich, z p. Marjuszem Mętlewiczem na czele, sławiła Panienkę Częstochowską.

Ale – o zgrozo! Nagle u samego szczytu glorjetki wieży głównej zabłysnął jakiś płomyczek. Naprzód nikły, drobny, niby drugi wschodzący półksiężyc, którego tarcza rzucała jasność z rozgwieżdżonego firmamentu na zasypiającą ziemię, liże pousowym językiem kopulę starej wieżycy z pod spodu od strony wschodniej.

– To pożar! pożar! – wyrywa się z piersi pielgrzymów warszawskich.

Chwila – i biegną oni do bram klasztornych, gnani strachem panicznym, przejmującą obawą o wybuch okropnego, zagrażającego żywiołu uwielbianej od pięciu wieków świątyni.

Ale zaspani i zaskoczeni w pierwszym śnie Stróże klasztorni nieskorzy są do otwarcia wrót nocnym przybyszom. Nie od razu dostrzegają ów płomyk, torujący sobie ujście z pod arkuszy grubej blachy miedzianej, wieżę kryjącej – na wysokości 155 łokci od ziemi – więc alarm przypisują najściu złodziejów.

Dopiero chóralne okrzyki: „Pali się na wieży! Ratujcie kto w Boga wierzy!” dają przekonywającego bodźca klucznikom klasztoru.

Otwierają na oścież wszystkie bramy, biegną zawiadomić o dostrzeżonym ogniu ojca przeora i zakonników, uderzają na alarm w dzwonek wieży, zwanej „sygnaturą”.

Tych chwil kilka wystarczyło żywiołowi do wybuchu jawnego, jaskrawego. Szczyt wieży staje w płomieniach.

Wybiegają przerażeni ojcowie paulini i zastają już w podwórzach kościelnych ciżbę zgromadzonego, przerażonego, osłupiałego ludu, nadbiegłego z pomocą.

Chcą przemocą dostać się do wnętrza świątyni i kaplicy N. Marji Panny.

– Ratować obraz! – wołają jedni.

– Ratować skarbiec! – krzyczą drudzy.

– O Matko Najświętsza zlituj się nad nami! – zawodzą niewiasty, szlochając głośno.

Ale Jasna Góra nie darmo „jasna” się zowie. Jej biali stróżowie – to obrońcy jasno widzący grożące drugie niebezpieczeństwo: wpuszczenia wśród nocy strachem panicznym ogarniętych tłumów.

Po krótkiej więc naradzie i gorącej modlitwie przede wszystkiem ojcowie zabezpieczają Przenajświętszy Sakrament, a do ludu wybiega jeden z nich i gromkim głosem: – Módlcie się na intencję ocalenia kościoła! – wzywa.

Jak pod błogosławiącą dłonią szeregi kobiet, dzieci i młodzieży skłaniają się, cofają z obrębu murów klasztornych i na placu przy bramie Lubomirskich padają na kolana lub krzyżem.

Szepty gorącej modlitwy zagłuszają jednak nawoływania mężczyzn, trąbki, wzywające straż ogniową po mieście, turkot i tętent nadjeżdżających dorożek i wozów, piekielny hałas napływającego zewsząd tłumu, zdała dolatujący ryk gwizdawek fabrycznych. Pierwszy wbiega na szczyt palącej się już, jak świeca, wieży, młody pątnik z Tomaszowa lubelskiego, odważny chłopak, Stanisław Kobłocki. Powraca jednak z poparzonemi rękami. Płomienie schodzą wewnątrz od góry coraz niżej po wiązaniach wierzchnich pięter wieży do schodów.

Tymczasem pożoga czyni z wieży płonącej olbrzymi słup ognia, widziany w promieniu kilkunastu wiorst dokoła. Zieje on iskrami, niby raca rzymska, spadającemi na podwórko wewnętrzne przy oficynie dawnych „pokojów królewskich” w postaci kilkocalowych rozżarzonych węgli.

Nadbiegły o godz. 11-ej m. 45 przed północą oddział piąty straży ochotniczej, jasnogórski, z sikawką ręczną próbuje i usiłuje daremnie dotrzeć strumieniem wody z niewielkiego węża do płomieni. Woda nie sięga, a płomienie rosną w stos strzelisty, zaćmiewający łuną światło księżyca.

Przybywa reszta straży częstochowskiej pod wodzą naczelnika swojego, p. Ciemniewskiego, w sile 130 ludzi, z trzema sikawkami, z których jedynie wodę lać jest w stanie na dach ceglany oficyny, mieszczącej „pokoje królewskie” i na dolne kondygnacje murowane wieży.

Północ. Ogień się wzmaga. Dla wieży niema już widocznie ratunku.

Tysiące ludzi płci obojej, od dzieci do starców, nosi wodę różnemi naczyniami do sikawek ze studzien okolicznych i klasztornej, bardzo obfitej; mężczyźni, w braku dostatecznej liczby koni, wprzęgają się po 16-tu do jednego wozu i beczkami różnemi, jakie znalazły się pod ręką, zwożą wodę z oddalonych nawet krańców miasta.

Zapał ogólnego współdziałania w ratunku nie do opisania. Straż działa na zewnątrz na placu kościelnym, wiodącym na wały, i zalewa przez wybitą bramę walące się na podwórko wewnętrzne części wierzchołka wieży, które wkrótce tworzą stos 1 1/2 sążnia wysoki opalonych i tlejących odłamów drzewa i roztopionej miedzi. Spodem czerwonego słupa ognia wystrzelają płomionie zielonkawe z grynszpanu, na arkuszach miedzianych wytworzone.

Ojcowie paulini z ks. przeorem na czele, ostatecznie zdjęci obawą, postanawiają telegraficznie wezwać straże warszawską i łódzką. Jak wiadomo, nad ranem wstrzymano jednak ich wyjazd.

Natomiast po fabrycznych sikawkach z robotnikami fabryk podmiejskich, Towarzystw Handtkego w Rakowie i Mott i Sp. w Błesznie, względnie najwcześniej przybywa na ratunek Jasnej Górze straż z fabryki w Zawierciu, wezwana telegraficznie przez p. policmajstra, pułkownika von Nerlicha, który, wydając zarządzenia policyjne na miejscu, telegrafował po północy o pożarze p. wicegubernatorowi piotrkowskiemu, prosząc o wysłanie także straży tamecznej.

Jakoż straż z Zawiercia przybyła pociągiem towarowym, pędzącym, jak kurjer, o godz. 3 m. 30 z rana; straż piotrkowska zaś w sile 150 ludzi w trzech oddziałach pod wodzą naczelnika p. Pr. Ks. Szpana i pomocnika jego p. Adama Dutkiewicza, o godz. 8 m. 20 z rana, z 3 sikawkami i 12 beczkami. Obiedwie straże to jednak były już tylko czynne przy dogaszaniu zgliszcz i uprzątaniu rumowisk.

Kapitan straży pogranicznej w braku garnizonu wojskowego w mieście uruchomił swoją brygadę, która w 25 ludzi niosła również ratunek i otworzył lazaret straży w pobliżu dla ewentualnych ofiar.

Jeden z najpierwszych niósł radę i pomoc ojcu przeorowi obywatel ziemski pow. częstochowskiego jenerał hr. Hoyden, który też pierwszy zaofiarował rbl. 100 na odbudowę spalonej wieży. Przełomowy, najkrytyczniejszy moment katastrofy przypadł na godz. 1 po północy.

Dzwon zegara wieżowego runął był już wcześniej pod naciskiem zwalonych belek, bali i schodów. Mechanizm, zupełnie zrujnowany, przestał był działać o godz. 11 m. 50, ale wskazówki opadły potem jeszcze niżej na godz. 12 m. 38 po północy i tak stanęły.

Pod zegarem w sklepionej komnacie u podstawy wieżycy, z oknem, wychodzącem na podwórko wewnętrzne, mieściło się muzeum starodawnych ornatów i aparatów kościelnych. Groziła mu ruina w razie przebicia lub przepalenia się sufitu. Wszystkie więc najcenniejsze ornaty i aparaty kościelne w liczbie 200 wyniesiono w miejsce bezpieczne. Pożar jednak komnaty muzeum nie dosięgnął.

Wiatr wschodni, lekki kierował płomienie ku zachodowi, więc też wieża kruszyła się w miarę spalania i waliła na podwórze wewnętrzne i dach „pokojów królewskich” wraz z częścią kopuły miedzianej, kruchty kościelnej i kaplicy św. Pawła pierwszego pustelnika. Te dachy też ucierpiały tylko nieznacznie, głównie od zerwania z nich miedzi i dachówki. Dach głównej nawy świątyni doznał jeno nieznacznego uszkodzenia na samym grzbiecie od spadającego z wieży ciężaru.

Dzięki jednak usiłowaniom straży ogniowej udało się ocalić cały kościół jasnogórski od zagłady. Zasługę tego największą mają rzemieślnicy klasztorni: cieśle, murarze, stolarze i blacharze, którzy, znając wybornie wszystkie zakątki poddasza, świątyni i klasztoru, z wielką skutecznością nie dawali iskrom dostępu do wiązań, zalewając je ręcznie w miejscach najbardziej narażonych na niebezpieczeństwo.

Gdy po północy opróżniono „pokoje królewskie”, jakie zamieszkiwali: lekarz klasztorny dr. Szumer, kapelmistrz Łęgosz i rodzina ojca przeora, zaczęła się dopiero wieża palić na dobre. Najpierw spadł z niej krzyż z chorągiewką sygnaturki i z igłą piorunochronu, później kula i kruk miedziany z bochenkiem chleba w dziobie (herb o.o. paulinów), potem 4 figury świętych z narożników przedostatniej kondygnacji wieży i 4 ozdoby miedziane ze spodniej kondygnacji drewnianej oraz wnęki przezroczystych galerji obudwu części wierzchnich, drewnianych, wieży.

Kula ogromna z krukiem legła na galeryjce murowanej wieży ponad kruchtą. Reszta miedzi częścią stopionej, zwaliła się bądź na podwórze, bądź na plac kościelny. Stąd właśnie pierwszy wypadek z ludźmi. Duża belka bowiem, obita miedzią rozpaloną do czerwoności, trafiła w głowę bednarza, Konstantego Szymę (w telegramie dzisiejszym nazwisko jego przekręcono), raniąc go ciężko i powodując wstrząśnienie mózgu. Inni ludzie, biegnący mu z pomocą i pragnący odrzucić rozpaloną miedź, poparzyli sobie boleśnie ręce.

Obawiano się głównie, aby wieża, która lada chwila w szczycie swoim runąć miała, nie padła na dach kościelny i nie przebiła go, jak się to stało w pamiętnym roku 1690-ym z dawną wieżą, która spowodowała pożogę w samej świątyni.

Na szczęście obawy to okazały się płonne. Kierunek wiatru zwyciężył i dopomógł wysiłkom nadludzkim czwartkowych obrońców Jasnej Góry. Najcięższe części wieży runęły do środka. O godz. 3-ej nad ranem, gdy pożar zdołano ograniczyć do samej wieży, powzięto już pewność, że kościół ocalał.

Teraz ogień, strawiwszy drewnianą część wieżycy, napoczynał najwyższe jej piętro murowane, ale oparło mu się ono o tyle, że pozostało, wprawdzie mocno spękane, okopcono i opalone, ale utrzymane.

Pożoga nie mogła oszczędzić żadnej drewnianej części wieży. To też już pod koniec pożaru stanęły w ogniu 4 filary, również drewniane, miedzią obite a podtrzymujące w narożnikach murów, wzdłuż nadpalonego pietra, cały ów spalony szczyt drewniany. U podstaw tych słupów zostały, cudem istnie całe i nieuszkodzone cztery figury świętych w podwójnie naturalnej wielkości.

Filary, wypaliwszy się w środku do cna, runęły po kolei na podwórko wewnętrzne. Figury stoją nieporuszone. W tej chwili stanowią one jedyną ozdobę wieży jasnogórskiej po spaleniu, jakby na dowód, że ci święci Pańscy, których figury wyobrażają, czuwają nad świętem miejscem z niebios.

O godz. 5-ej rano dopiero otucha wstąpiła do serc wielebnych ojców paulinów i wszystkich mieszkańców, walczących o najniebezpieczniejsze przy pożarze stanowiska z odwagą i zaparciem się, godnem wiekowego kultu dla Panienki Częstochowskiej.

Ale spocząć można było dopiero o godz. 10 1/2 rano, kiedy zwalił się ostatni filar wieży. Wówczas ze łzą w oku, łzą radości i wzruszenia, ściskano sobie dłonie, całowano się, bratano, powtarzając dwa wiele znaczące słowa: – Kościół ocalony!

Jeżeli nie obeszła się jego obrona bez dużego wysiłku fizycznego kilkunastu tysięcy ludzi, to niestety, gorliwsi z nich, nie uniknęli szwanku cięższego lub lżejszego.

Pomoc lekarską zorganizowano doraźnie i szybko. Kierował nią dr. Wrześniowski, mając przy sobie na placu lekarzy drów: Kchna, Rosenfelda, ze straży pogranicznej dra Gokijeli i dwóch felczerów. Rannych opatrywano niezwłocznie na placu przed kościołem środkami dostarczonemi przez składy apteczne pp. Śląskiego i Frydeckiego i odwożono dorożkami do dość odległego szpitala miejskiego. Tutaj do godz. 3 1/2 z rana czuwali i pracowali lekarze pp.: Wasserthal, Rejman, Felkenstein i inni przy pomocy czterech felczerów.

Jak stwierdzono urzędownie, do szpitala przywieziono i opatrzono 10-iu poszwankowanych, z których 6-iu, jako ciężej rannych, nazwiska są wiadome.

Są to mianowicie (wymienieni już w telegramie naszym w dzisiejszym dodatku porannym):

Alfons Tomala, poddany pruski, zamieszkały w Częstochowie, lat 26, czeladnik introligatorski, strażak, silnie poparzony.

Józef Szatkowski, robotnik z Łowicza, lat 45, silnie poparzony.

Andrzej Kopiński, mularz, mieszkaniec Częstochowy, lat 33, trzy żebra złamane, obiedwie ręce oparzone.

Stanisław Brzeziński, lat 39, sklepikarz z Warszawy; łopatka uszkodzona.

Józef Majewski, rzeźnik z Kalisza, lat 38, strażak, poparzony i potłuczony.

Wreszcie Konstanty Szyma, bednarz, zamieszkały w Częstochowie, b. strażak, w stanie groźnym z powodu silnej rany tłuczonej w głowie i wstrząśnienia mózgu.

Z nich tylko trzej: Szyma, Tomala i Popiński, jako miejscowi, pozostali w szpitalu. Inni trzej udali się do domu.

Z 12 osób lżej poszwankowanych do bardziej znanych należy pp.: Stanisław Wiesiołowski, farmaceuta, b. właściciel apteki, który, spadając ze schodów, potłukł się i Aleksander Rampolt, jeden z naczelników oddziałowych straży częstochowskiej.

Nazwisk innych nie zapisano.

O godzinie 7-ej z rana przybył do Częstochowy wicegubernator piotrkowski, zastępujący nieobecnego gubernatora r. t. Mu”llera – hr, Lu”ders-Wejmarn, który w towarzystwie ojca przeora i policmajstra zapoznał się na miejscu z całym przebiegiem Wypadku i o godz. 8 1/2 r. odjechał do Piotrkowa.

Policmajster pułkownik Nerlich przesłał mu szczegółowy raport po skończeniu pożaru, co do którego dochodzenie wszczął również sędzia śledczy, p. Menszikow.

Przed odjazdem spracowanych straży fabrycznych i piotrkowskiej, jeden z ojców paulinów odprawił na ich intencję mszę dziękczynną, której strażacy wysłuchali z dowódcami, stojąc w szeregach.

Miłym był widok tych opuszczających Jasną Górę po spełnionym obowiązku zuchów z pod różnych znaków, złączonych w ciągu jednej, na całe życie niezapomnianej nocy, hasłem: „Częstochowie na ratunek!”

To też, mimo zmęczenia, oblicza strażackie, okopcone i zamorusane, promieniały radością.

*

Wieczór… Ukryto już oblicze cudownego obrazu N. M. P. pod srebrną zasłoną.

Nad murami Częstochowy nie panuje już strzelista wieża.

Ale pielgrzymi zwartemi gromadami otaczają do późna te ukochane mury, co świadkami były tylu pociech, tylu ukojeń…

Szepty gorącej modlitwy przerywa tylko brzęk złota i srebra, obficie rzucanego na tacę: „Na odbudowę wieży”.

Powstanie ona z gruzów z pewnością, równie wielka, jak przed stuleciami, zwiastująca z daleka jak latarnia rozbitkowi „gwiazdę morza”.

Powstanie z gruzów, odbudowana i wzmocniona, bo niedarmo wypisano nad głównym portykiem jasnogórskiej świątyni: „Domum tuam Domine decet sanctitudo.”

Z. J. N.

Na wezwanie przeora klasztoru oo. paulinów na Jasnej Górze, ks. Rejmana, dziś wyjechał do Częstochowy budowniczy p. Stefan Szyller, celom wzięcia udziału w naradach nad odbudowaniem spalonej wieży.

Przy sporządzaniu planów odbudowy, należy przypuszczać, iż projektodawcy dotychczasowe wiązania drewniane, zastąpią żelaznemi, by tym sposobem ochronić w przyszłości klasztor jasnogórski od klęski pożaru.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s