„W opuszczonych miejscach zostawiam tylko odciski stóp, a zabieram jedynie parę kadrów”

Dorota Rosadowska: Emocje po premierze ostatniej waszej książki o ewangelikach już opadły? Jakie odczucia, spostrzeżenia? Macie już pomysły na kolejną publikację?

Katarzyna Połom: Tak, już opadły, ale satysfakcja pozostała. Myślę, że cały zespół ma podobne odczucia. Cieszymy się spływającymi do nas opiniami o książce i tym, że niemal każda jest dobra. Obiło mi się o uszy, że są też głosy krytyczne, jak dotąd jednak nikt osobiście się nie zgłosił ( śmiech ). Za to zadzwonił praprawnuk budowniczego kościoła ewangelickiego w Zagórowie, by powiedzieć, że bardzo się cieszy z książki i że chętnie uzupełni naszą wiedzę o swoich przodkach. Wiele osób pisze, dopowiada coś do historii zawartych w książce. To miłe. Ja sama mam poczucie spełnienia – bardzo chciałam uczestniczyć w powstawaniu „Zerwanego Ogniwa” (to tytuł książki). Dało mi wiele radości, ale i kosztowało sporo pracy i stresu. Jednocześnie bardzo dużo nowego się nauczyłam- o pracy nad książkami i o relacjach z ludźmi. Jestem bardzo wdzięczna za te doświadczenia. Co do planów, to prawie każda osoba z naszego zespołu ( Zagórów – Miejsce z Historią ) obecnie nad czymś pracuje. Niebawem ukaże się książka Damiana Kruczkowskiego, zaś Bogdan Michalski z Anetą Węcławiak pracują nad opowieścią o zagórowskich wiatrakach. My z Arturem Paprzyckim – nad odświeżeniem i szerszą publikacją pracy magisterskiej pana Bogdana Grzonkowskiego. A poza tym – wciąż jest co robić na stronie: ja cały czas zbieram materiały do kolejnych artykułów i namawiam kolegę do dołączenia do zespołu… Jeśli mi się uda, to będziemy tworzyć nową, ciekawą kategorię na stronie.

D.R.: Kasia, razem z kilkoma zapaleńcami… tak mogę powiedzieć, tworzycie nową historię Zagórowa, może bardziej wydobywacie z niej szczegóły, poznajecie historie. Kiedy tak naprawdę to wszystko ciebie wciągnęło? I jaka historia….czy miejsca czy osoby jest tobie szczególnie bliska?

K.P.: Tak, zapaleńcy to dobre słowo. Ja czasami mówię o nas: „świry od historii”, bo rzeczywiście – trzeba mieć bzika, by robić to, co my robimy z taką pasją. Nowej historii nie tworzymy, uzupełniamy to, co wcześniejszym badaczom umknęło, to o czym nie mogli wiedzieć w swoim czasie – uzupełniamy luki. Ciężko mi wybrać jedną opowieść, która mnie szczególnie urzekła. Powiem szczerze, że ostatnimi czasy to historie opisane w „Zerwanym Ogniwie” pochłonęły mnie całkowicie… A odwiedzając zagórowski cmentarz zaglądam zawsze do części ewangelickiej, często zapalam znicz na grobie rodziny Beutlerów. Tak, Beutlerowie wywarli na mnie wielkie wrażenie. Za to miejsce: park w Łukomiu. Z dawnej świetności pałacu zostały już tylko wspomnienia, bo budynek jest w fatalnym stanie. Natomiast park, mimo że od kilkudziesięciu lat nie zaznał ręki ogrodnika, wciąż jest cudowny, zwłaszcza wiosną.

D.R.: Od czego ta pasja historyczna się zaczęła?

K.P.: Już kiedyś wspominałam, że zawsze lubiłam dobre opowieści i bohaterów z krwi i kości. Nie takich posągowych, bez skazy, lecz właśnie tych najbardziej ludzkich, a jednocześnie wywierających szczególny wpływ na losy jakiejś społeczności w określonym momencie. No i uważałam na historii. Pan Grzonkowski opowiadając o wielkich wydarzeniach w dziejach naszego narodu nigdy nie zapominał wspomnieć osób związanych z Zagórowem i okolicami, którzy też brali w nich udział. To było bardzo ciekawe…

D.R.:W dokumentowaniu wielu wydarzeń, poszukiwaniu historii ludzi czy miejsc pomogła tobie praca w bibliotece?

K.P.: Praca w bibliotece bardzo mi pomaga. Generalnie jedną z ról biblioteki jest gromadzenie i upowszechnianie dokumentów historii lokalnej, wskutek czego mamy u siebie część starszych kronik kilku organizacji i instytucji zagórowskich, przekazane przez osoby prywatne zdjęcia, rękopisy, prace naukowe. Gromadzimy też od ponad 30 lat wycinki prasowe, związane z naszym miasteczkiem. Mam do tych wszystkich dokumentów wgląd, czerpię z nich wiedzę lub inspirację do dalszych poszukiwań. Wiem, gdzie czego szukać. To zdecydowanie moja działka. No i ludzie z Zagórowa czy okolic znają mnie przede wszystkim jako bibliotekarkę. Nie jestem znikąd, jestem częścią społeczności i pracuję tu na rzecz Zagórowa. Łatwiej nam do siebie dotrzeć. Gdyby nie charakter wykonywanego zawodu – byłoby mi też o wiele trudniej pogodzić codzienną pracę, obowiązki domowe oraz czasochłonną pasję. Chociaż i tak łatwo nie jest.

D.R.: Wiele lat kojarzyliśmy cię z pasją do Słowian. Nie było roku, żebyś w stroju Słowianki nie brała udziału w Festiwalu Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej w Lądzie… Jest nawet jedno twoje znamienne zdjęcie, kiedy w bibliotece pomiędzy regałami siedzisz w stroju Słowianki… To było połączenie tego co lubisz? Zobrazowanie całej ciebie?

K.P.: O, to były piękne czasy… Uwielbiałam festiwalowy klimat, smaki średniowiecza, zgiełk i kurz bitewny. Rok temu – po 15 latach aktywności – przestałam się pojawiać na średniowiecznych imprezach. Zabrakło mi czasu i chyba po prostu straciłam do tego serce. A zdjęcie pamiętam doskonale – zrobili je Ula i Tomek Kruszyna. Rzeczywiście, w tamtym momencie to byłam cała ja: zakochana we wczesnym średniowieczu, rekonstrukcji historycznej i mojej pracy w bibliotece.

D.R.: A jak teraz w kilku zdaniach opisałabyś siebie? Twoją największą pasję i zamiłowanie?

K.P.: Jestem po prostu bibliotekarką. Zwykłą dziewczyną z małego miasteczka, ciekawą jego historii. A moją dodatkową pasją jest zwiedzanie opuszczonych miejsc i fotografowanie ich. Zostawiam tam tylko odciski stóp, a zabieram z nich jedynie parę kadrów.

Dorota Rosadowska, wywiad znajdziecie w Kurierze Słupeckim z 01. 03. 2024 r.