Mój Zagórów. Wspomnienia rodzinne.

Zdecydowana większość moich przodków ze strony taty w różnych pokoleniach związana była z Zagórowem. Tu się rodzili, żyli, umierali. Prowadząc badania genealogiczne swojej rodziny, przekonałam się, że moje korzenie już w XVIII wieku ściśle wiązały się z tym miasteczkiem. Z pewnością i wcześniej, tyle, że na razie ja tak daleko nie dotarłam w swoich poszukiwaniach.

Zagórów to urokliwe miasteczko, które towarzyszyło mojemu dzieciństwu. Tutaj mieszkali moi dziadkowie,  Jan i Julianna Zywertowie. Tylko ich z Zagórowa zdążyłam poznać.  W dzieciństwie bywałam u nich niekiedy kilka razy w tygodniu. Już sama podróż była ciekawa. Przejeżdżając przez Ląd odczuwałam monumentalność i pewną tajemniczość mijanego klasztoru. Bardzo dużą atrakcją był przejazd przez stary drewniany most w Lądzie, którego dzisiaj już nie ma. Potem, no cóż, po prawej stronie bardzo często olbrzymie rozlewiska Warty, a po lewej uroczy widok. Stada gęsi na trawie. Biel i zieleń. Cudownie, bajecznie. Byłam tym zauroczona. Potem widok wieży kościelnej pośród koron drzew. I już byłam w Zagórowie.

Dziadkowie mieszkali przy ulicy Kilińskiego 17. Ostry skręt w lewo, po prawej księgarnia i studnia, a właściwie pompa, potem pod górkę i już na miejscu. Wtedy wydawało mi się, że ta ulica jest taka stroma.

Niestety, nie zachowało się żadne ówczesne zdjęcie ulicy, bądź domu. Załączam zatem zrzut ekranu z Google Maps. Dom dziadków to lewa strona budynku po prawej.

Domek dziadków był skromny, zresztą jak większość innych na tej ulicy. Całkiem niedawno szukając w Internecie,  znalazłam informację o tym, że został on wybudowany około 1905 roku i wpisano go  do rejestru zabytków pod numerem 189 na mocy Uchwały Nr XIX/103/2008 Rady Miejskiej Zagórowa.  Do moich dziadków należała właściwie tylko połowa domu. Po lewej mieszkali moi dziadkowie i tam urodził się mój tato Juliusz. Prawą stronę domu zamieszkiwało starsze małżeństwo Ulatowskich. Mieszkanie dziadków było bardzo małe, chociaż wtedy myślałam inaczej. Kuchnia i pokój, jeden pokój. Tam wychowało się troje dzieci. Fascynowało mnie kilka rzeczy. Piękny kaflowy piec w pokoju  z framugą. Zawsze byłam ciekawa, co tam jest w środku. Ciemny drewniany stół z rzeźbionymi nogami stanowił dla mnie okazały mebel, jako, że w domu przyzwyczajona byłam do mebli już nowszej, niekoniecznie ładniejszej generacji. Kuchnia –  ileż tam było zakamarków. Przede wszystkim na środku kuchni była tajemnicza klapa do piwniczki. I chociaż byłam ciekawa, tylko kilka razy zerknęłam do środka. Było ciemno, a ja się bałam. Surowa drewniana podłoga kuchenna lśniła niemal bielą od jej szorowania. W narożniku kuchni stała olbrzymia stągiew na wodę. Po wodę trzeba było chodzić w dół ulicy do pompy przed budynkiem księgarni. Stamtąd wiele rodzin przynosiło wodę w wiadrach. Droga powrotna nie była łatwa z pełnymi wiadrami, zważywszy na to, że szło się pod górkę.

W kuchni królowała maszyna Singer. Moja babcia była krawcową. Do pewnego wieku bardzo dużo szyła. W ten sposób zarabiała na rodzinę. Co do maszyny, stoi u mnie. Jako świadek historii…. Zachował się też dowód kupna z 1909 roku. Cenna pamiątka. Maszynę kupił dla babci mój pradziadek Adam Brzostowski.

Ten dokument jest dla mnie bardzo cenny z racji okresu, z którego pochodzi, jaki i podpisów – mojego pradziadka Adama i brata babci – Władysława.

Oba pomieszczenia, i kuchnia i pokój miały drzwi wyjściowe na wspólny korytarz z sąsiadami. Drzwi w pokoju były na trwale zamknięte. Do mieszkania dziadków wchodziło się przez drzwi prowadzące do kuchni. Na obu drzwiach wisiały piękne, ciężkie, patchworkowe kotary uszyte przez moją babcię. Z pewnością miały za cel zatrzymanie ciepła w pomieszczeniu, no i wygłuszały.

Za wysokim wąskim kredensem wisiała między nim a ścianą lekka kotara. Kolejne dzieło mojej babci. Tam musiało być sporo „skarbów”, ale nam, to znaczy mnie i mojemu bratu nie wolno było tam się bawić. Wzdłuż całego budynku pośrodku biegł korytarz. Drzwiami od ulicy wchodziło się i idąc do końca wychodziło  na małe, wspólne, sąsiedzkie podwórko. Na korytarzu były schody na strych. Ale już wtedy, w latach siedemdziesiątych, pamiętam nikt tam nie wchodził, gdyż podobno powała była za słaba. Pamiętam, prosiłam kiedyś dziadka, by mnie tam zabrał. Wtedy z uśmiechem odpowiedział, że moglibyśmy wpaść do kuchni lub do pokoju. To skutecznie ostudziło mój zapał.

Podwórko.. intrygowało. Właściwie to była dość długa przestrzeń wspólna również dla domu stojącego jeszcze bliżej rynku, czyli dla kilku rodzin.  Pod oknami dziadków był mały ogródek. Za mojej pamięci babcia go już nie uprawiała.

rok 1950 dziadkowie z wnuczką Haliną i ogródek

Dopiero dziś patrząc na tę fotografię, uzmysławiam sobie, jak bardzo moi dziadkowie byli „zniszczeni” przeżyciami obu wojen i problemami życia codziennego. Na tym zdjęcie moja babcia ma dopiero 53 lata, a dziadek lat 56 . Wyglądają już bardzo staro. To mnie zasmuca.

Wracam do opisu. Tył podwórka zabudowany był szeregiem drewnianych budynków gospodarczych. Takich mikro. Z przysłowiowym  „miejscem odosobnienia”.

Często wracają wspomnienia, obrazy z przeszłości. Blaszane pudełeczka z najróżniejszymi guziczkami. Do dziś pamiętam stukot maszyny do szycia i mam przed oczyma widok siedzącej przy niej babci Julianny. Zawsze ubrana była w uszyty przez siebie fikuśny fartuszek, przeważnie w pepitkę, z masą troczków. Na głowie zawsze zawiązana fantazyjnie chustka. I zapachy… Babcia piekła pyszny placek drożdżowy. Właściwie, to zarabiała ciasto, a dziadek, któremu często towarzyszyłam, zanosił je do upieczenia w piekarni. Chyba większość mieszkańców Zagórowa nosiła wtedy ciasta do piekarni. A jak pachniało to ciasto i jaki miało smak. Do piekarni na ul. Średnią chodziłam z dziadkiem również po chleb.

Miasteczko bardzo podobało mi się już w dzieciństwie. Co prawda ani mnie, ani mojemu bratu, nie wolno było chodzić po mieście samemu. Ale okazji do zaglądania w najskrytsze zakamarki nie brakowało. Najbardziej podobał mi się Mały Rynek. Do dziś niezwykły urok mają dla mnie skośne, kręte uliczki. Kościół, który zdawał się być tak wysoko. I chociaż nigdy nie zamieszkałam w tym miasteczku, odczuwam ogromny sentyment. Nigdy też nie nocowałam u dziadków.

Wybiegnę wiele lat wstecz i wspomnę, że w kryptach kościoła zagórowskiego są pochowani dwaj moi przodkowie.  Jan Stołanowski ((1717 – 1777), młynarz z pokolenia na pokolenie, mój 5xpradziadek ze strony babci oraz Franciszek Widawski  (1690 – 1776), były wójt Zagórowa, również mój 5xpradziadek od strony babci. Ale o tym dowiedziałam się dopiero kilka lat temu.

Moi dziadkowie oboje urodzili się w Zagórowie. Babcia Julianna z domu Brzostowska (1897 – 1982)  była córką Adama i Nepomuceny z Bystrzyckich, najmłodszą z  dziewięciorga rodzeństwa. Wychowała się na ul. Wojska Polskiego. Dziadek Jan Zywert  (1894 – 1976), syn Piotra i Walerii z Antkowskich, był szóstym z dziewięciorga dzieci. Urodził i wychował się na ul. Kościelnej 4 przy Małym Rynku.

Dziadkowie pobrali się 20 lipca 1921 roku, oczywiście w Zagórowie. Musiała to być wielka miłość. Do dziś mam zdjęcie z dedykacją, które babcia jako panienka wysłała swojemu przyszłemu mężowi, a mojemu dziadkowi. Za każdym razem, gdy czytam te słowa, próbuję przenieść się w tamte czasy. Lata I wojny światowej. Narzeczona Julianna, moja przyszła babcia,  pisze do Jana, mojego przyszłego dziadka,  na front.

„Na wieczną pamięć

I dla miłych wspomnień Naszej szczerej i wzajemnej Miłości

Ofiaruję Ci mój drogi, kochany Janku swoją podobiznę.

I pamiętaj, ze Cię Kochać nigdy nie przestanę.

A jak szczęśliwie z (wojny?) powrócisz,  Twoją na wieki pozostanę.

Twoja Jula.

Miej mnie w pamięci.

Zagórów 13/7 20 „

Pięknie kiedyś okazywano uczucia….

akt ślubu moich dziadków

Julianna i Jan Zywertowie, zdjęcie ślubne

Moja babcia będąc jeszcze panną, śpiewała w chórze. Czy należała do chóru Towarzystwa „Zagórowianka”?  Tego już się niestety nie dowiem, ale jest to wielce prawdopodobne. Ja sama jako dziecko pamiętam, jak grała… na organkach. Lubiła śpiewać. Babcia była piękną kobietą. W genach przekazała przechodzące z pokolenia na pokolenie kręcone włosy i brązowe oczy.

Chór – babcia pierwsza od prawej

Dziadek również był umuzykalniony. Grał na różnych instrumentach. Nabyłam szczęśliwie książkę autorstwa M. Słowińskiego „Zagórów. Album miasta. 1407-2007” i w niej niespodziewanie znalazłam zdjęcie dziadka w orkiestrze.

dziadek pierwszy od prawej strony

W zbiorach rodzinnych zachowało się również zdjęcie dziadka grającego na kontrabasie.

Zdolności muzyczne w mojej rodzinie odziedziczył jeszcze tylko mój tato, Juliusz Zywert, który też grał na różnych instrumentach, ale najbardziej ukochał skrzypce.

mój tato – Juliusz Zywert

Jako młody chłopak Jan (mój dziadek ) wyjechał do Częstochowy, by tam zdobyć dyplom piekarza. Zdjęcie z 1912 roku zrobione  w Częstochowie przedstawia młodego przyszłego piekarza. Dziadek – po lewej.

1912 r. –  Jan po lewej, po prawej zapewne kolega ze szkoły piekarskiej.

Wg zapisów  w Księdze majstrów cechu piekarzy dnia 17 listopada 1924 roku Jan Zywert został przyjęty w poczet majstrów piekarskich. Za ten dokument serdecznie dziękuję Jarkowi Buziakowi.

Jan w zasadzie pracuje w wyuczonym zawodzie tylko dorywczo, przeważnie w soboty, kiedy jest większe zapotrzebowanie na pieczywo. Dużo czyta. Często też siedzi przy kuchennym stole nad atlasem. Może stąd narodziła się w głowie Jana myśl, by wyemigrować za ocean do USA, do braci. Z pewnością Jan rozpoczął starania o wyjazd.

Wychodźca : tygodnik poświęcony sprawom emigracji i reemigracji R. 3, nr 29 (20 lipca 1924) publikuje taką oto informację;

Czy chciał wyemigrować sam, a potem ściągnąć rodzinę?  Tego nie wiem. W końcu jednak wyjazd nie doszedł do skutku. Nastąpiły jakieś trudności z paszportem. Donosi o tym tygodnik Wychodźca R. 3, nr 37 (14 września 1924) ;

Tak więc rodzina Jana pozostała w Polsce. W Zagórowie. Życie toczy się dalej.

                                                       

rodzice Jana – Piotr i Waleria Zywertowie

Moi dziadkowie mieli troje dzieci : córki Kamilę i Zdzisławę oraz najmłodszego – syna Juliusza, mojego ojca.

dziadkowie z pierwszą córką Kamilą, około roku 1924

Od lewej – Kamila, Juliusz, Zdzisława

od lewej – Kamila, Juliusz, Julianna (moja babcia)

Lata drugiej wojny światowej nie były łatwe dla moich dziadków. Trzy różne dni. Złe dni. Przyniosły znienacka łzy, strach i tęsknotę. Najstarsza córka Kamila niespełna 17 –letnia została wywieziona do Greifenhagen – Halle na roboty przymusowe w 1940 roku. Wróciła dopiero po zakończeniu wojny. Przyszedł dzień, kiedy i drugą córkę Zdzisławę zabrano do pracy przy kopaniu okopów w okolice Ślesina. Najmłodszy Juliusz bawił się pewnego dnia na ulicy. Rodzice nie doczekali się tego dnia powrotu dziecka do domu. Małego chłopca zabrano z ulicy do samochodu ciężarowego. Była tam już spora gromadka innych dzieci. Zawieziono ich do Słupcy na plac w pobliżu dzisiejszej poczty. Tam niemieckie kobiety wybierały sobie spośród tych dzieci po kilkoro, jako darmowych robotników w gospodarstwach rolnych. Mały Juliusz trafił w okolice Kramska. Zadecydowały o tym jego kręcone włosy, które akurat spodobały się pewnej Niemce. Wrócił do rodzinnego domu dopiero w 1945 roku. Co czuło dziecko tak nagle i bez pożegnania wyrwane w nieznane i niepewne z rodzinnego domu? Julianna odbyła tam kiedyś pieszą wędrówkę z Zagórowa, by móc zobaczyć syna. Ot, co znaczy matczyna miłość.

mój tato jako chłopiec

… i w 1954 dorosły już Juliusz Zywert

Mój tato Juliusz Zywert był najmłodszym z trójki dzieci. Późne dzieciństwo przestało być beztroskie z powodu wybuchu II wojny światowej, z powodu wspomnianej wywózki na prace przymusowe. Zakłóciło naukę szkolną. Juliusz mógł ukończyć podstawową naukę szkolną dopiero w 1947 roku.

Klasa V – 1946/47 Zagórów. Drugi od lewej – Juliusz Zywert

Uzupełnienie opisu: 3.Ala Gostyńska. 4.Antoni Kubacki. 13. Stasia Portala. 21.Lusia Bąkowska.? 19.Irka Podemska. 15. Gromanowska z Berdychowa.

Zdjęcie to zamieściłam na stronie Facebook – Zagórów – miejsce z historią. Wspaniali ludzie, mieszkańcy Zagórowa rozpoznali pozostałe osoby, dzięki czemu jest dość dokładnie opisane.

Tato przed domem na ul Kilińskiego 17

Mój tato został nauczycielem języka polskiego. Karierę dydaktyczno-wychowawczą rozpoczął w Malanowie (1951-1955). Potem w latach 1955 – 1977 był kierownikiem szkoły w Kowalewie, inicjatorem budowy w czynie społecznym Szkoły Tysiąclecia w Kowalewie. W latach 1977- 1981 zastępcą gminnego dyrektora szkół w Słupcy, 1981-1985 wychowawcą w Bursie Szkolnictwa Zawodowego w Słupcy. Tato zmarł 15 stycznia 2010 roku w Słupcy.

Wracam do moich dziadków. Kończy się wojna. Nastają dni wolności. Życie powoli wchodzi na normalne tory. Czas płynie. W końcu przychodzą na świat wnuki. Chociaż w domu się nie przelewa, w kieszeni marynarki dziadka zawsze znajdzie się jakiś smakołyk dla wnuczki lub wnuka. Zawsze kiedy byłam malutka, mój dziadek miał dla mnie czekoladowego cukierka.

W zasadzie zapamiętałam dziadków jako starych ludzi. Kiedy byłam bardzo mała dziadek bardzo często się mną opiekował, kiedy rodzice pracowali. Dla mnie był ukochanym dziadkiem w kapeluszu. Zapewne starsi mieszkańcy Zagórowa pamiętali spacerującego po ulicach Zagórowa dystyngowanego pana w kapeluszu i z laseczką.

Takich dziadków pamiętam

Dziadek zmarł w 1976 roku, a babcia w 1982 roku. Zostali pochowani na cmentarzu w Zagórowie.

W zasadzie po ich odejściu mój kontakt z Zagórowem się zerwał. A przynajmniej mocno rozluźnił. Bywałam na grobach, przejeżdżałam przez to piękne miasteczko, niekiedy się zatrzymywałam i spacerowałam po uliczkach. Czasami żałuję, że wówczas nie poznałam go jeszcze lepiej. Dlatego teraz nadrabiam. Szukam wszystkiego, co może mnie przenieść w odległe czasy toczącego się w Zagórowie życia jego mieszkańców. Bardzo cieszy mnie fakt, że mogę pisać na blogu, że zaproszono mnie kilka lat temu do grona redakcyjnego, za co serdecznie dziękuję.

Liliana Komorowska

Dodaj komentarz