Początek tej historii jest dość banalny: pod koniec kwietnia odzywa się do mnie za pośrednictwem Facebooka Tomasz Laskowski, właściciel biura turystycznego Great Tours z Poznania.
– Moja klientka wybiera się do Polski w podróż śladami swoich przodków...
Chodzi o Wasze okolice – wyjaśnia. Idąc za wskazówkami dziadka i ojca, a także dzięki dokumentom archiwalnym odnalezionymi przez Tomasza, Janis pragnie wraz z mężem odwiedzić miejscowości związane z jej babcią i dziadkiem. W Zagórowie będą 16 maja – dowiaduję się z dalszej części rozmowy. Czy mogłabym pomóc?
Oczywiście, zgadzam się partycypować w organizacji zwiedzania, zwłaszcza w przypadku nie do końca dostępnych na co dzień miejsc. Robiliśmy już podobne rzeczy, zdarzało nam się też skontaktować ze sobą rodziny, których więzi zostały zerwane kilka pokoleń wstecz. Tu sprawa wydawała się w miarę prosta. Podczas kilku rozmów telefonicznych oraz intensywnej korespondencji mailowej poznaję szczegóły drzewa genealogicznego Janis, przeglądam dawne akty urodzenia i zapoznaję się z notkami Michała Fitznera, urodzonego pod koniec 19. wieku. Materiał jest naprawdę bogaty, kawał dobrze wykonanej roboty. Dostaję również fotografię, którą zrobili rodzice Janis w 1999 roku, podczas swojej wyprawy do Polski. Sfotografowali wówczas dom, który został im wskazany przez napotkanych na cmentarzu Polaków, a który według pasował do ich wyobrażeń rodzinnej farmy Michaela – domu z wielkich rdzawo czerwonych kamieni. Nie miałam żadnych wątpliwości co do tego, że senior Fitzner opisywał swoim potomkom „żelazny dom”, budynek z rudy darniowej. *
Wspólnie z Tomaszem ustalamy plan pobytu amerykańskiej pary w Zagórowie i okolicach. Ja na ostatnią chwilę obdzwaniam jeszcze kilka osób, by zasięgnąć informacji. Nie mam jeszcze wówczas świadomości, że oto przed nami kawał fantastycznej przygody.
ZAGÓRÓW, PO RAZ PIERWSZY
Spotykamy się po raz pierwszy przed kościołem ewangelickim w Zagórowie. Nasi goście: Janis, jej mąż Arthur Mulvey i Tomasz Laskowski – główny organizator wyprawy. Zagórów – Miejsce z Historią stawia się w składzie: Bogdan Michalski, Artur Paprzycki oraz ja. Inicjatorka podróży, Janis, jest kobietą ciepłą i bezpośrednią, szybko łapiemy kontakt. Pokazuje nam na telefonie piękne rodzinne fotografie, w tym zdjęcie ślubne swoich dziadków oraz papierową mapę, ze szkicem naniesionym na odwrocie ręką Michaela. Obecność Bogdana i Tomasza jest dla mnie kojąca – kiepsko mówię po angielsku, a mam sporo do opowiedzenia!



fot. Artur Paprzycki
W kościele wita nas ks. Waldemar Wunsz, proboszcz Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Koninie. Oglądamy kościół, podziwiamy stare fotografie, przedstawiające historię zgromadzenia, rozmawiamy. Janis zachwyca się prostotą i pięknem wnętrza. Opowiadamy pokrótce o historii tego miejsca.

W kościele w Zagórowie, fot. Tomasz Laskowski
– Janis, czy Ty wiesz, że Twoi pradziadkowie, Karol i Ernestyna brali ślub przed tym ołtarzem? Stali prawdopodobnie tu, w tym miejscu, w którym Ty teraz stoisz… – pytam nagle.








fot. Artur Paprzycki
Janis jest zaskoczona, zasłania na moment usta dłonią. Nie pomyślała o tym wcześniej. Tomasz z uśmiechem przytakuje, wyświetla na tablecie drzewo genealogiczne i wskazuje na datę oraz miejsce zawarcia małżeństwa. Radość na twarzy Janis, jej nieskrywane wzruszenie udziela się nam wszystkim.
– Boże, naprawdę… To tutaj, tu jestem!
Art, twardy Irlandczyk, jest również wzruszony. Delikatnie gładzi plecy żony. Dajemy sobie jeszcze chwilę na ukojenie emocji. Pora ruszać dalej.
Bogdan odłącza się od nas, ma swoje zobowiązanie na resztę wieczoru. Umawiamy się na jutro, zaś z całą resztą udajemy się prosto do Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Zagórowie. Przyjazd naszych gości zbiegł się bowiem z promocją albumu „Puszcza Pyzdrska” przygotowanego przez Wikę i Przemka Kowalskich, od lat zaangażowanych jak nikt inny w upowszechnianie wiedzy o olęderskim dziedzictwie kulturowym Puszczy i jej walorach przyrodniczych.

Wika i Przemek Kowalscy podczas spotkania. Fot. Łukasz Parus
Zapraszam więc Janis, Arta i Tomka na to spotkanie. Z chęcią na to przystają, chociaż domyślam się, że wszyscy muszą być niesamowicie zmęczeni podróżą. Z fascynacją oglądają prezentację oraz sam album. Znajdują w nim między innymi fotografie przedstawiające cmentarz w Ciemierowie Kolonii, do którego nie udało im się dotrzeć, a na którym prawdopodobnie spoczywać mogą dalecy przodkowie Janis. Stwierdzamy z Arturem Paprzyckim, że to kolejne miejsce, które wypada odwiedzić i dokładnie sfotografować.


Fot. Łukasz Parus
Po części oficjalnej mamy czas by jeszcze chwilę porozmawiać z Wiką, Przemkiem oraz Łukaszem Parusem, dyrektorem Domu Kultury oraz innymi uczestnikami spotkania. Przemek na wieść o tym, że chcemy jutro obejrzeć kantorówkę w Orlinie, obiecuje pomóc i daje kontakt do pani, która zajmuje mieszkalną część budynku. To umożliwi nam wejście do kaplicy – od kilku lat już niedostępnej do zwiedzania.
Artur jest niepocieszony – jutro idzie do pracy i nie będzie mógł wybrać się z nami. Żegnamy się pełni emocji. Trzeba się wyspać, bo przed nami intensywny dzień.
GRODZIEC – POŚRÓD KWIATÓW I CIENI…
Rozpoczynamy go wizytą w Grodźcu, gdzie odwiedzamy cmentarz i ruiny kościoła ewangelickiego. Babcia Janis, Natalie, pochodziła z Orliny i siedziba jej rodzinnej parafii znajdowała się w Grodźcu. Sporo ciekawostek na temat kościoła znalazłam swego czasu w książce Eduarda Knaifela, poświęconej diecezji kaliskiej kościoła luterańskiego. Pomocą służyły również panie z miejscowej biblioteki publicznej.




fot. Katka Połom, Tomasz Laskowski
Pierwszy, wzniesiony w 1803 roku, budynek świątynny dość szybko okazał się zbyt mały dla wciąż powiększającego się grona wiernych. Nowy, przestrzenny kościół budowano aż 20 lat, a do użytku oddano w 1866 roku. Na miejscu wcześniejszego kościoła stanęła plebania i kantorówka, które istnieją do dziś. Ponoć jakiś czas były opuszczone, ale podczas piątkowych odwiedzin zauważyłam intensywne prace remontowe.

fot. Tomasz Laskowski
Piękny kościół poprzez lata stał opustoszały, W 2020 roku wraz z Bogdanem byliśmy w gronie wolontariuszy, porządkujących ruiny kościoła i cmentarz. Z wnętrza ruin usunięto drzewa i krzewy. Na terenie obu postawiono wówczas tablice informacyjne.
W piątek stanęliśmy znów wewnątrz zielonego buszu. Natura bierze wszystko w posiadanie.
ZAGÓRÓW, po raz drugi
Z Grodźca wracamy znów do Zagórowa, gdzie na zaproszenie Łukasza Parusa ponownie zaglądamy do MGOK-u. Dyrektor podejmuje nas kawą i pysznym sernikiem, rozmawiamy o wielokulturowej przedwojennej historii Zagórowa, o codzienności jego mieszkańców.
Postanawiamy też obejrzeć miasteczko z lotu ptaka, wdrapując się na taras widokowy.
W międzyczasie umawiam nas na odwiedziny w kantorówce w Orlinie.

Tomasz, Katka, Art, Janis i Łukasz Parus
ADLER HOL. – ORLINA DUŻA
Budynek tzw. domu ewangelickiego z zewnątrz prezentuje się pięknie. Ściany z rudy darniowej, częściowi ukryte w zieleni krzewów i drzew, ławeczka przed budynkiem, studnia i mnogość kwiecia wokoło. Sielankowy widoczek psują nieco zamalowane okna w części będącej dawniej kaplicą. Mimo wszystko postanawiamy zasiąść na ławeczce, delektując się chwilą. Słońce ogrzewa nam twarze, wiatr porusza liśćmi. Wokół niesie się zapach jaśminu.

fot. Katka Połom
– Czujesz związek z tym miejscem, Janis? – pytam, siedząc z nią i Arthurem przed domem.
-O, tak – opowiada pewnie – czuję to! Czuję obecność moich przodków w tym miejscu. Tu przychodzili się modlić, tu uczyły się dzieci…
– Tu jest tak niesamowicie cicho, spokojnie – dodaje Art.

fot. Tomasz Laskowski
W końcu decydujemy się wejść.
Pani Doblańska, wynajmująca mieszkanie w dawnym kantoracie, otwiera nam drzwi do kaplicy i zaprasza do środka ostrzegając, że widok może zmrozić nam krew w żyłach.
– No, wchodzicie państwo na własną odpowiedzialność. Proszę uważać na głowy.
Nie przesadza: przed nami maluje obraz nędzy i rozpaczy. Przeciekający dach spowodował zarwanie się sufitu w części pomieszczenia. Gruz, zarwane ławki. Woda i wilgoć zniszczyła część malowideł, drewnianą podłogę. Wszędzie kurz i pajęczyny. *
Mimo przygnębiającego rozkładu, nie sposób nie zauważyć, jak piękne musiało być kiedyś to miejsce: jasne, skromne, przestrzenne. Nie uświadczysz tu zbędnego blichtru, szczególnie ujmuje mnie ład i prostota formy.

fot. Katka Połom
Po kaplicy niesie się szczebiot ptaków, które uwiły sobie gniazda pod dachem. Z okien za ołtarzem wylewa się struga złotego światła ( okna są częściowo przeszklone grubym, brązowym szkłem ). Z sufitu zerka na nas błękitne Oko Opatrzności, jakby Ktoś chciał nam rzec: „Myślcie sobie co chcecie – ja wciąż tu jestem…”.

Fragment sufitu w kaplicy, fot. Katka Połom
Pani Doblańska, zerkając na mnie i Janis znad krzyżówki, wysłuchuje historii rodzinnych poszukiwań i mówi z przekonaniem: takie nazwisko jak Kasse widnieje na jednym z nagrobków na sąsiadującym z kantorówką cmentarzu. Od razu dzielimy się tą informacją z pozostałymi. Podekscytowani udajmy się na poszukiwania, rozdzielając się na dwie grupy.
Cmentarz jest dość duży, nieźle zachowany. Na całym terenie – dywan konwalii, krzewy akacji i młode sosny. Napisy na nagrobkach całkiem wyraźne, moją uwagę zwraca bogata ornamentyka tablic. Rozglądamy się z Tomaszem wokoło, aż nagle on wskazuje jedną z tablic:
– Mam! Jest! Zobacz: Kasse!

Grób Ernestine Kasse, prababki Janis, fot. Katarzyna Połom
Pobiegamy, upewniamy się, wołamy resztę. Janis, Art i Bogdan podchodzą do nas.
Janis przystaje, nie wierzy własnym oczom:
– Ernestine Kasse to jest moja prababka! O, rany!
Obejmuje mnie ramionami, w chwilę potem ściska już Tomasza. Nie kryje ogromego wzruszenia.
– Natalie, moja babcia nie wiedziała, co się stało z jej matką. Wiedziała, że pewnie nie żyje, ale nie miała pojęcia, kiedy zmarła… Nie wiedzieliśmy tego…nie znaliśmy żadnych dat.
– Nie wiedzieliśmy – potwierdza Tomek – nie znaleźliśmy tego w żadnych dokumentach.
-Tak domyka się krąg… – filozoficznie dodaje Bogdan.
Arthur dyskretnie ociera łzę, cisnącą się do oka. Wszyscy jesteśmy szczęśliwi i wzruszeni. Spoglądamy na kamienną tablicę, odczytujemy wyryte na niej informacje. Cokół jest uszkodzony, krzyż strącony, oparty o tablicę, porosły mchem.

Cmentarz w Orlinie, fot. Tomasz Laskowski
W pewnym momencie podnoszę cokół, umieszczam nad tablicą, Tomek przykłada do niego omszały krzyż. Nagrobek na moment znów staje się kompletny.
– Katka…mam pomysł! – mówi Bogdan. Nie musi kończyć, dobrze wiem, o czym myśli. Przytakuję. Przyjedziemy tu któregoś razu, naprawimy to.
Wciąż w osłupieniu spoglądam to na Janis, to na Tomka:
-Wow, zrobiliśmy to!
Podczas naszych eksploracji powstał film, nagrany i zmontowany przez Bogdana Michalskiego:
GRĄDZEŃ – ALTANA WIEJSKA
Już kilkanaście dni wcześniej podjęłam się próby zlokalizowania domu lub jego pozostałości, niestety z powodu błędnie odczytanej wcześniej nazwy miejscowości, poszukujemy go ( wraz z czytelnikami strony ) na Grabinie. Kiedy niemal całkowicie straciłam wiarę w powodzenie sprawy, raz jeszcze zajrzałam do dokumentów przesłanych mi przez Tomka. Grądzeń, w aktach zapisano Grądzeń! I przypomniałam sobie, że całkiem niedawno mój kolega, Sławek, powiedział coś o pewnych ruinach…
Napisałam do Agaty Gajewskiej, właścicielki stajni w tejże miejscowości.
-Tak – potwierdziła – w lesie niedaleko nas są pozostałości domu z rudy darniowej. Moja babcia mówi, że sama ich nie pamięta, ale dziadek często wspominał Fitznerów…
Michał, zwany później Michaelem opuścił rodzinny dom w 1912 roku i wyemigrował do Ameryki. Tam poznał pochodzącą z Orliny Dużej Natalie Kass, którą poślubił trzy lata później. Żadne z nich nie wróciło nigdy do Polski, nigdy więcej nie spotkało się z pozostawionymi tu rodzicami, rodzeństwem. Pozostali tutaj Fitznerowie i Kassowie wciąż gospodarzyli na swoich farmach, zawierali związki, dzieci rodziły się, a starcy umierali. Pamięć zacierała się coraz bardziej, a więzi między rodzinami się z czasem się zerwały, chociaż Michael tęsknił i często wspominał o dawnych czasach.

Altana Wiejska w Grądzeniu, fot. T. Laskowski
Kontaktowałam się z sołtyską Grądzenia, Ewą Wojtyrą. Umówiłyśmy się na spotkanie w Wiejskiej Altanie, obiecała pomóc w zebraniu informacji. Zaprosiła kilkoro mieszkańców, między innymi pana Zenona Juszczaka, który miał pomóc w poszukiwaniach. Starszy pan okazał się skarbnicą wiedzy. Wspólnie obejrzeliśmy przywiezioną przez Janis mapę i wyznaczyliśmy punkty,w które warto zawitać.
ANIELEWO / GRĄDZEŃ LAS
Na cmentarzu w Anielewie jestem drugi raz w życiu. Tydzień wcześniej miałam szansę zwiedzić go w towarzystwie Artura, zrobiliśmy kilka zdjęć i rozejrzeliśmy się. Tymczasem pan Zenek uświadomił nam, że cmentarz był znacznie większy, niż nam się wydawało. Dowiadujemy się przy okazji, gdzie stała stara szkoła kantoracka, o której wspominałam w książce „Zerwane ogniwo. Ewangelicy na ziemi zagórowskiej”, a której położenia nie potrafiłam wcześniej wskazać z powodu braku danych.

Z panem Zenonem Juszczakiem na cmentarzu w Anielewie, fot. Katka
Z cmentarza ruszamy do Grądzenia. Po drodze docieramy do pozostałości fundamentów domu Gerków. Janis kojarzy i to nazwisko ze swoim drzewem rodzinnym.
ŻELAZNY DOM MICHAELA
I naraz trafiamy na leśną polanę, jakieś dwa kilometry od głównej trasy między Zagórowem a Wierzchami. Miejsce zgadza się z mapką, odręcznie narysowaną przez Michaela Fitznera. Przed wieloma laty stał tu budynek z rudy darniowej, dwuizbowy, dość przestronny.


fot. Tomasz Laskowski
Zostały po nim fundamenty, całkiem zarośnięte dziś pokrzywami i fragment muru. To najprawdopodobniej tutaj na przełomie 19.i 20. wieku stało rodzinne gospodarstwo, które Michael opuścił w 1912 roku.
Później, dłuższy czas po I wojnie światowej budynek został zaadaptowany na cele gospodarcze. Obok podobno stał jeszcze jeden, drewniany dom – jak twierdzi pan Zenon. Rodzina Fitznerów zamieszkiwała też miejscowość Grądzeń – Las.
Po ponad 100 latach trudno jest o stuprocentową pewność. Ale intuicyjnie czujemy, że trafiliśmy we właściwe miejsce.


Fot. Katka Połom
Janis zabrała ze sobą na pamiątkę grudkę rudy żelaza – owego niezwykłego budulca, z którego przed stuleciami miejscowi olędrzy ( w tym jej przodkowie ) tak chętnie stawiali swoje gospodarstwa. Wierzymy, że w tym małym kamieniu zaklęty jest skrawek ducha wszystkich tych miejsc, jakie wraz z nami odwiedziła i ludzi, na których poszukiwanie się udała.
Wierzymy również głęboko w sens takich podróży, podczas których przeszłość spotyka się z dniem dzisiejszym i wspólnie zmierzają ku przyszłości. Fragmenty układanki trafiają na właściwe miejsce, a korzenie rodzinnego drzewa mocniej osadzają je w dziejach…
*Zdjęcie – ku naszemu rozczarowaniu – okazało się fałszywym tropem.
**Obiekt przez lata miał wyjątkowo skomplikowaną sytuację prawną, która nie pozwalała na właściwe zaopiekowanie się obiektem.