Emil Włodarczyk
Recenzja książki „Zerwane ogniwo. Ewangelicy na ziemi zagórowskiej”
Na początku muszę się przyznać do pewnego faktu: otóż jeszcze półtora roku temu nie miałem zielonego pojęcia o tym, że w Polsce istnieje miasto o nazwie Zagórów. O tym dlaczego je poznałem i jak się nim zafascynowałem – opiszę w innym tekście. Teraz pozwolicie, że podzielę się z Wami wrażeniami jakie miałem podczas lektury książki „Zerwane Ogniwo. Ewangelicy na ziemi zagórowskiej”wydanej w 2024 roku w Zagórowie, pod redakcją Mirosława Słowińskiego i Katarzyny Połom.
A zacznę od pewnej osobistej ale bardzo ogólnej refleksji! Otóż moim zdaniem książka ta powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy wypowiadają jakiekolwiek sądy na temat stosunków polsko – niemieckich. A więc zwłaszcza dziś, kiedy większość Polaków ma na ten temat coś do powiedzenia.
Ale do rzeczy. Książka została podzielona na trzy części plus wprowadzenie i aneks. Jeżeli chodzi o wprowadzenie to przedstawia ono w ogólnych zarysach stan dotychczasowej wiedzy o osadnikach ewangelickich, jak też i źródła tej wiedzy, które – jak się potem okazuje – w wielu wypadkach mają niesamowitą historię, jak choćby ta o odnalezieniu w ścianie jednego z zagórowskich domów listów żołnierza wermachtu.
Pierwsza część książki, zatytułowana „Historia i pamięć”składa się z tekstów, które zaznajamiają czytelnika z historią osadnictwa ewangelików w Zagórowie i jego okolicach od wieku XVI do XXI. Poznajemy zarówno uwarunkowania prawne tego osadnictwa jak też i ekonomiczne. Dość dobrze opisana jest struktura społeczna osadników, wraz z wielką rolą samego kościoła ewangelicko – augsburskiego i jego lokalnych liderów, tzw. kantorów. Nie brakuje też opowieści o poszczególnych rodach osadniczych i ich wkładu w rozwoju cywilizacyjny tych nadwarciańskich okolic. Jest też niesamowita historia pani doktorowej i różnych jej – że tak to nazwę – wcieleń: począwszy od życia eleganckiej damy, potem bezwzględnej zwolenniczki Hitlera, a wreszcie żebraczki, snującej się po uliczkach Zagórowa w dziurawych i brudnych łachmanach. Jej biografia, opisana przez panią Katarzynę Połom, to niesamowicie epicki – praktycznie gotowy materiał na film.
Druga część książki, zatytułowana „Wspomnienia i refleksje”to przykład tzw. historii mówionej. Głos dostają ludzie związani z ewangelicką – dziś już historyczną – częścią zagórowskiego społeczeństwa. W ogromnej większości są to gorzkie wspomnienia, tak jak choćby opowieść, pochodzącej z Łazińska, Eugenii Plitt. Sam tytuł jej wspomnień mówi wiele: „Wiedzieliśmy, że nie wrócimy tak zaraz…”. Eugenia opuściła Łazińsk w roku 1945. Ona sama zaś twierdzi, że podczas wysiedlenia „panował smutny i przygnębiający nastrój”. Czyżby?
No i wreszcie trzecia, najkrótsza część książki, zatytułowana „Świadectwa”. Jest to, jak sama nazwa mówi, faktograficzny zapis aktów i dokumentów związanych z zagórowskimi Olędrami.
Aneks natomiast dotyczy tego co po wspomnianych osadnikach zostało. I jak można się domyślić, chodzi tu o cmentarze: gdzie się znajdują, w jakim są stanie i jakie są możliwości ich zachowania czy nawet renowacji.
Czytając tę książkę cały czas gdzieś z tyłu głowy dźwięczało mi takie pytanie: dlaczego rdzenni mieszkańcy tych nadwarciańskich terenów: polscy chłopi – nie stworzyli tak dobrze zorganizowanej, wspierającej swoich przedstawicieli, struktury społecznej. Struktury, która pozwoliłaby im się rozwijać cywilizacyjnie, gospodarczo, a nawet intelektualnie, tak jak to miało miejsce w przypadku ewangelickich osadników. Być może chodzi tu o wolność! Bo tej polskiemu chłopu nie dawał ani jego pan (właściciel, szlachcic), ani – co ze smutkiem muszę stwierdzić – kościół katolicki.
Z drugiej strony sam fakt, że na tereny pierwszej Rzeczpospolitej, przybywali tak licznie osadnicy z tzw. zachodniej europy, a przecież przybywali tu za chlebem, świadczy niewątpliwie o tym, że nasz kraj, a w tym konkretnym przypadku ziemia Zagórowska, dawały im tę możliwość. Nie zabierano im wolności, lecz ją dawano. A wraz a nią – nadzieję na lepsze życie. Omawiana książka jest więc opowieścią o tym, co dziś wydaje się być całkowicie absurdalne: otóż Olędrzy, jakby nie patrzeć mieszkańcy tzw. zachodniej Europy, przyjeżdżali do Polski za chlebem.
Ale żeby nie było tak słodko powiem, że nie do końca zgadzam się ze wszystkim, co w książce tej zostało powiedziane. I chodzi tu głównie o wspomnienia jej głównych bohaterów, czyli ewangelików, którzy z tych pięknych nadwarciańskich terenów, już po II wojny światowej, musieli uciekać, zostawiając cały swój dobytek. We wspomnieniach tych jest bowiem pewien zgrzyt. Pod powłoką wyraźnie odczuwalnego i na pewno autentycznego poczucia krzywdy, jaką wyrządzono tym ludziom, jest drugie dno. Nie do końca wypowiedziane, ale cały czas gdzieś obecne z tyłu głowy. Czym owe drugie dno jest i gdzie go szukać – pozwolę sobie zostawić w sferze domysłów. Wspomniana już Eugenia Plitt, zaraz na początku swoich wspomnień wypowiada dość znamienne słowa: „Czuliśmy się Niemcami, ale właściwa ojczyzna znajdowała się w Polsce, w okolicy, w której jako Niemcy mogliśmy żyć i czuć się dobrze”. To oczywiście subiektywne odczucia pani Eugenii.
Książki tej nie trzeba czytać od deski do deski. Każdy zamieszczony w niej tekst jest odrębną historią, a treść jednego artykułu w żadnym stopniu nie zależy od treści innych. Niemniej jednak wszystkie one stanowią całość, dającą naprawdę solidną porcję wiedzy na temat funkcjonowania i historycznej roli, jaką odegrali ewangelicy, tzw. olędrzy, zamieszkujący zarówno Zagórów, jak też i jego okolice.
Po Olędrach zostały w ziemi zagórowskiej groby. I jakkolwiek byśmy nie oceniali samych ewangelików i ich roli, jaką odegrali na wspomnianej ziemi – to ich grobom należy się szacunek. Bo one – w jakiejś części – nie należą już do tego naszego, doczesnego świata. Bez względu na to, kto w nich leży.
Dzień dobry, gdzie można zakupić własny egzemplarz?
Zapraszamy do biblioteki w Zagórowie.