Opowiada Tadeusz Molski:
Poszukiwałem dokumentów dotyczących mojego ojca. Na jednym z dokumentów zobaczyłem pieczątkę Wojskowe Biuro Historyczne. Zacząłem szukać Wojskowego Biura Historycznego w Warszawie. Nie mogłem znaleźć, bo się przeprowadziło, zmieniło miejsce było na ulicy gdzieś w Śródmieściu. Zapomniałem ulicę, poszedłem tam i od dozorcy dowiedziałem się, że o panie było takie biuro tutaj, ale to przed wojną. Po wojnie przeniosło się to biuro do Domu Żołnierza. Zastępcą kierownika biura wojskowego był Grzegorz Nowik.
Jak poszedłem do tego biura, przedstawiłem się, to on zapytał:
„Skąd my się znamy?”
Ja mówię: „No, pracowałem … ( tu wymieniłem mu trzy firmy, w których pracowałem- jedną, drugą i trzecią ).
I mówi mi: „Nie, nie z pracy. Z harcerstwa.”
W harcerstwie byłem w Poznaniu w „Siódemce”…
„Nie, nie z Poznania, z Warszawy” i przypomniał sobie. „A kto to jest Kazimierz Molski?”
Powiedziałem, że miałem takiego stryja o nazwisku Kazimierz, ale używał imienia Eugeniusz z Zagórowa.
„- „O! To właśnie o tego chodzi. Przeżył powstanie. „
Ja mówię, że nie-stryj zginął w powstaniu, tymczasem Nowik wspomina, że w swojej pracy magisterskiej zamieścił informację, że Molski przeżył powstanie. Ja z kolei mam pewne informacje, że zginął w powstaniu i że jest pochowany na cmentarzu w grobie rodzinnym.
Mówi: A dlaczego w grobie rodzinnym? Dlaczego nie na Powązkach?
Mówię: bo żona jego pochodziła z Podkowy Leśnej pod Warszawą. Żeby mąż nie wrócił do domu, zaczęła go poszukiwać. Najpierw pojechała do Warszawy tam, gdzie mieli kawiarnię i tam znalazła kartkę na ziemi z nazwiskiem „Kazimierz Molski”, która oderwała się z krzyża na grobie. Zginęło tam wiele osób w czasie bombardowania. Też na tej kartce było, że w grobie zakopana jest butelka z innymi danymi Eugeniusza Molskiego. Jak zrobili ekshumację, to w jednym z grobów znaleźli tą butelkę, więc wiedzieli, że to jest ten grób, ta osoba. Wobec tego ekshumację, no przywieźli ciało po wojnie już do rodzinnego grobu. Ten krzyż z Warszawy, który był na tym grobie jego zabrali i już nie postawili go. Bo tam był krzyż już na rodzinnym grobie żony jego rodziców, tylko zabrała jego żona ze sobą do domu na (…) był. Ale przy przeprowadzkach też zginął.
Stryj miał dwóch synów, starszego Mieczysława, który miał dwa lata jak zginął ojciec i młodszego Włodzimierza, który w Stanach zmarł. Do czasu jak wyjechał do Warszawy to mieszkał w Zagórowie, wszystkie inne dzieci dziadka Molskiego miały już zawody.
Najstarszy Aleksander skończył nie uniwersytet, a nauczycielskie takie studium. Mój ojciec dostał ze Związku Inwalidów Wojennych zezwolenie na prowadzenie hurtowni, koncesję, bo miał osiemdziesiąt procent utraty zdrowia, tak komisja orzekła. Wobec tego otrzymał koncesję na prowadzenie hurtowni wódek w Łowiczu. Byli wojskowi, którzy byli na froncie mieli różne przywileje. Przyjmowano ich do policji, bo już byli przeszkoleni przecież z bronią, no i otrzymywali różne takie posady, mieli fory, no i ojciec stąd miał.
Jak się zaczął kryzys taki światowy, ojciec sprzedał tę hurtownię i z „forsą” przyjechał do Zagórowa. Mama się gniewała na ojca trochę, że nie zostawił tych pieniędzy w banku, że nie kupił czegoś. No, bo porozpożyczał, ale rodzina ojcu pooddawała, z wyjątkiem jego ojca, z wyjątkiem mojego dziadka no, bo nie miał tych pieniędzy.
Ojciec wyłożył na tamten interes tego Eugeniusza Molskiego, więc założył hodowlę jedwabników w ogrodzie u swojej siostry. Tam gdzie Tadeusz Jurkiewicz mieszkał z rodzicami, więc ogród taki jak tam prowadził. Pomiędzy swoim ogrodem, a ogrodem Nurkowskich posadził cały rząd drzew morwy białej i czarnej. Pamiętam, bo chodziłem, zbierałem ale nie specjalnie bo tam nie było to nic ciekawego. Ale dżdżownice żywiły się liśćmi morwy, ten interes mu nie wypalił. Niektórzy hodowali króliki angory, co kierownik ówczesny Państwowej Publicznej Szkoły Podstawowej w Zagórowie propagował i inni hodowali, więc ojciec sprowadził maszyny do robienia wełny. I z tej wełny, którą wyczesywali z królików robił szale, rękawice, swetry sprzedawał. Pojechał do Gdyni i w Marynarce Wojennej jakąś tam umowę zawarł z nimi i dostarczał.
I ta wełna też nie wypaliła tak jak te morwy, potem zaczął piec jakieś ciasteczka i tym handlować, ale też nie wypaliło. No i potem pojechał do Warszawy spróbować szczęścia. W Warszawie były już dwie siostry Jurkiewiczówny, Zosia- najmłodsza Kruszyńska (tego fryzjera żona) i starsza Wanda Zywertowa- Zywerta żona, to tam już był Henryk Molski ( bliźniak Eugeniusza ) w Warszawie. Pracował w Urzędzie Skarbowym, jakimś tam wyższym urzędnikiem był.
Henryk skończył liceum, a na egzaminie maturalnym był przedstawiciel uniwersytetu i zakwalifikował Henryka Molskiego, jako studenta prawa. Od razu był nabór na wyższe uczelnie. No i zawsze odbywało się w wakacje studium wojskowe, służbę wojskową i w jednej z opinii była jakaś tam nagana, bo spóźnił się z urlopu. Wrócił z urlopu za późno i naganę jakąś tam dostał, a w drugiej opinii zapamiętałem, że dostał pochwałę, że kwalifikuje się na dowódcę, ale nie wiem czy drużyny, czy jakiegoś tam Zespołu Karabinów Maszynowych. W czasie wybuchu wojny to Henryk był powołany do wojska i był w oflagu. Jeździ tam na spotkania Zbyszek Molski, jako syn i mam fotografie jego z napisem: „Podporucznik Henryk Molski” z tego tam jest Muzeum Woldenberg po niemiecku.
Jak byłem w Poznaniu w „Siódemce”, to była drużyna wędrowna. Na pomniku Goeringa, bodajże przed tym obozem mam fotografie w mundurku harcerskim, ale wtedy nie wiedziałem, że tam siedział mój stryj, ale byłem w tej miejscowości. Dobiegniew się nazywa, Woldenberg po niemiecku. Jest napisane, że Henryk i Kazimierz Molski z Kalisza, no takie miał informacje. Widocznie w powstaniu podawali specjalnie jakieś inne miasta, żeby w razie wpadki nie trafili do rodziny Niemcy. A u Nurkowskiego w książce o Powstaniu Warszawskim też jest napisane, że pochodził z Bydgoszczy.
Pojechaliśmy na Powązki i tam odnaleźliśmy grób Tadeusza Jurkiewicza. Jak wspominałem osób w powstaniu o imieniu i nazwisku Tadeusz Jurkiewicz jest kilka. Pięciu, co najmniej, ale rozpoznaliśmy, bo mieliśmy namiar, chociaż w tym namiarze trudno się zorientować też było. Ale odnaleźliśmy kompanię „Baszta” z literą K w plutonie czy drużynie K1, bo K to Karpaty, oddział Karpaty. I po tym poznaliśmy.
Eugeniusz zginął w bombardowaniu w forcie Mokotów – to niedaleko mnie. Nie udało mi się dowiedzieć, do której szkoły chodził w Warszawie, natomiast mam fotografie siódmej klasy, gdzie do szóstej jeszcze chodził Tadeusz Jurkiewicz. Na święta u nas też Kazimierz Eugeniusz Molski i pamiętam – bawił się ze mną. Pamiętam grę w kości: w kubek wsypywało się parę kostek i zamieszało i wyrzucało na stół. I liczyło się ile wypadło, jaka liczba, suma tych na wierzchu. Czy po pięciu czy po dziesięciu, ten, kto miał najwięcej rzutów ten wygrywa i graliśmy na orzechy.
A obiecany mam album, ale wciąż się nie mogę spotkać z synem tej mojej kuzynki Lilki. Ona mieszkała na starość jak zmarł jej ojciec to z matką mieszkała, a potem z mężem. No i oni przygarnęli też syna Kazimierza Eugeniusza Molskiego, bo miał dwa lata jak zmarł im ojciec. Jak zginął ojciec w powstaniu to przygarnęli tego Mietka Molskiego wychowywali. A Włodka drugiego syna wychowywała rodzina żony Kazimierza Eugeniusza Molskiego, także wychowywali się nie u obcych, bo w rodzinie. Ale bez rodziców i Mietek ten starszy skończył politechnikę wydział mechaniczny a młodszy Włodek- fizykę na uniwersytecie, wyjechał do Stanów, tam został. Pracował w firmie Shell, w poszukiwaniu nafty i on opracowywał, jak były badania biofizyczne gruntu gdzie może być nafta. To on był jakimś tam szefem komórki i opracowywał od strony badań, bo to były wykresy sejsmiczne. Wywoływane były wybuchy, drgania takie pod ziemią i w zależności gdzie jak te fale się odbijały i które, określali czy jest ropa w ziemi i w którym miejscu. Jeszcze jak nie mieszkałem w Warszawie, gdzie przeniosłem się a już tu mieszkali po wojnie, wrócili Kobylińscy. To ojciec Krzysztofa i matka z domu Maciejewska – siostra Bronka Maciejewskiego, tego gęsiarza – wrócili już do Warszawy. I rodzinę tutaj założyli i kiedyś na wakacje przyjeżdżał Krzysiek Kobyliński do Zagórowa, a kiedyś mnie zaprosił do Warszawy.
Przyjechałem do niego, zwiedzaliśmy Starówkę, pokazywał mi to odznaczenie swoje, ale niewiele rozmawialiśmy. Kiedyś mnie ten temat jakoś specjalnie nie interesował. Było powstanie, no wiedziałem, że zginęli z rodziny, ale jakoś się tym nie interesowałem. Pokazywał mi swoje odznaczenie- Krzyż Powstańczy. Przynosiłem w czasie okupacji od ciotki dżemy różne, tam jakieś mięso, jakąś kiełbasę. Najbardziej zapamiętałem tą galaretkę z czerwonych porzeczek i ten smalec, ale to już w czasie okupacji, który w gardle stawał, nie dało się przełknąć, chyba że z chlebem i jeszcze jak chleb był stary, czerstwy to jednakowo drapał w gardło jak te szczeciny w tym tłuszczu. Rodzice tej żony, tego stryja Kazimierza mieli kawiarnię i restaurację, gdzie mieszkali pod Warszawą i stąd prawdopodobnie założyli żona jego i stryj kawiarnię w Warszawie. Pracowały też tam potem Kruszyńska i Zywertowa, a znowuż o Nurkowskim, którego Niemcy zgarnęli wraz z kolegami, to znowu też krytycznie czytałem, że nie mieli doświadczenia żadnego konspiracyjnego i te kilka osób, jak codziennie o tej samej godzinie, na tej samej trasie spaceruje to znaczy, że czegoś szukają, a w tym czasie wychodził z pracy i szli za nim Niemiec, Gestapowiec Milke się nazywał, który kapował Polaków, śledzili tego Niemca, obserwowali, o której wychodzi, bo chcieli zamach na niego zrobić, przygotować, no i na razie robili namiar, ale bardzo nieostrożnie no i Niemcy otoczyli ich i aresztowali i otrzymał odznaczenie takie, wysokie odznaczenie ten Nurkowski, bo nikogo nie wydał, bo się obawiali, zmienili siedzibę, zmienili nazwę, miał nazwę Agat od nazwy Akcja Gestapo. Mówiłem Bogdanowi, ten co nie wiedział, że Agat to była Akcja Gestapo, a potem druga nazwa to było Pegaz- Przeciw Gestapo. Nie używali nazwy Gestapo tylko Pegaz albo Agat i nie wydał nikogo, ale zginął i nie wiadomo, gdzie pochowany, nie odnaleziono.