Chciałabym opisać kilka dramatycznych zdarzeń, jakie miały miejsce w Zagórowie w latach 40-tych ubiegłego wieku. To rodzinna opowieść, przekazywana od dwóch pokoleń, nigdy dotąd nie publikowana. Przypomniała mi się w chwili, kiedy dowiedziałam się o wydanej właśnie książce „Zerwane Ogniwo. Historia ewangelicyzmu na ziemi zagórowskiej” i pomyślałam, że czas ją opowiedzieć innym.
Bohaterką tych zdarzeń jest moja świętej pamięci babcia, Stefania Dropińska – z męża Bartczak. Urodziła się 01.04.1931r w Zagórowie. Była najstarszym dzieckiem Stefana i Kazimiery Dropińskich mieszkających w Zagórowie na ul. Łąkowej ( dzisiejsza Słupecka ).
Aby jednak zacząć tę opowieść trzeba cofnąć się w czasie do 1941 roku. Pewne fakty mają bowiem wpływ na późniejsze wydarzenia.
Jest rok 1941…
Niespełna 10-letnią Stefcię niemieccy urzędnicy przymusowo przydzielają jako pomoc domową pewnej niemieckiej rodzinie. Młoda Niemka zostaje z dziećmi sama, mąż tej kobiety został wysłany na front i potrzebuje ona pomocy w domowych obowiązkach. Dziesięcioletnia Polka jest obciążona pracą ponad siły: noszenie wody z pompy mieszczącej się na ulicy Zdrojowej, opieka nad dziećmi, przygotowanie posiłków, pranie ręczne ubrań etc. Oprócz pracy fizycznej codziennie słyszy, że jest nikim. Gospodyni ubliża Stefanii, wyładowuje swoje frustracje, agresję – wszystko to na porządku dziennym. Dziewczynka buntuje się wobec takiemu traktowaniu, odmawia służby. W konsekwencji Niemka składa skargę na nieposłuszną Polkę. Dziewczynkę czeka kara – wymierzona batami, aż pęka skóra na plecach. Nie ma innego wyboru – musi dalej służyć.
Po pewnym czasie nie mając ciepłej odzieży i z powodu pracy ponad siły Stefcia zapada na zapalenie płuc. I tym razem jest znów donos ze strony Niemki. Chora dziewczynka zostaje wciągnięta na listę, zatrzymana czeka w zamknięciu wraz z innymi na wywózkę do obozu koncentracyjnego – jako „osoba nie nadająca się do niczego”…
Zrozpaczony ojciec, Stefan Dropiński prosi o pomoc swojego pracodawcę, Niemca Rydla. Dzięki wstawiennictwu Rydla rodzicom udaje uzyskać zaświadczenie lekarskie, że dziewczynka nie zagraża nikomu, choroba jest przejściowa i niebawem znów będzie zdatna do wypełniania obowiązków. Dokument wystawia dr Hugo Breede. Stefcia unika wywózki i pewnej śmierci, zostaje w domu, w Zagórowie.
Życie za życie
I jak to mówią historia lubi się powtarzać…
Jest zima, grudzień 1944 lub styczeń 1945 roku. Do Stefana i Kazimiery Dropińskich potajemnie udaje się pastorowa Gross z dzieckiem, chłopcem około 4-5 –letnim i prosi o pomoc w ucieczce. Nie wiemy jakie były przesłanki wyboru tej rodziny przez pastorową. Z mojego punktu widzenia mój pradziadek był dłużnikiem wobec Rydla za załatwienie zaświadczenia o stanie zdrowia córki i uratowaniem jej przed śmiercią. Rydel dobrze znał się z pastorową Gross… to prawdopodobnie on wysłał kobietę do moich pradziadków. I teraz trzeba było dług spłacić. Życie za życie.
Pastorowa zostawia u Dropińskich swoje rzeczy, dokumenty, zdjęcia oraz swoje dziecko pod ich opieką. Sama udaje się pieszo do Słupcy.
W umówionym czasie Stefania Dropińska – 13 latka – bierze na ramę rowera chłopczyka i wyrusza za jego matką, brnąc pod tyłek w zaspach śniegu, w mroźną noc. Jest świadoma ryzyka, dobrze wie, że za pomoc Niemcowi grozi jej rozstrzelanie przez Sowietów. Jednak idzie. Wycofujący się Niemcy zdążyli już zniszczyć most na Warcie. Moja babcia z malutkim Grossem na rowerze przeprawia się na drugą stronę rzeki po lodzie, taki jest siarczysty mróz. Z Bożą pomocą udaje się jej przekazać dziecko pastorowej Gross na stacji kolejowej w Słupcy – tam, gdzie miały się spotkać.
Czerwona zaraza…
Krótko po tej wyprawie Stefania jest bezsilnym świadkiem potwornej śmierci dwóch młodych Niemców.
Przez zamarznięta rzekę Wartę przedostają się czołgi Sowietów. Jeden z czołgów zbacza z ustalonej trasy i zawiesza się o skarpę rzeki od strony lądzkiego pastwiska. Brygada czołgu ( chyba 4 osoby ) postanawia zabawić trochę w Zagórowie. Biorą w niewolę dwóch młodych Niemców, każą sobie służyć. Trwa to około 3 tygodni, aż w końcu żołdacy organizują sobie rozrywkę na łąkach na ul. Słupeckiej, za domem Pani Piątek. Wiążą tych młodych chłopców i wloką za końmi. Pojmani błagają o pomoc, o litość. W końcu dla własnej uciechy, chorej rozrywki sowieci tratują końmi ich końmi na śmierć. Zwłoki stają się krwawą masą, nie przypominająca człowieka… Obie ofiary zostaną później pochowane na zagórowskim cmentarzu, w części ewangelickiej.
Świadkiem tego bestialstwa jest Stefania, moja babcia… Wiem, że chciała pomóc, nawet wolała o pomoc, ale szybko ją ludzie powstrzymali, uciszyli. Przez Zagórów przetoczyła się wpierw cała dzicz z dalekich zakątków ZZSR, która grabiła i mordowała, a dopiero za nimi jechali ci bardziej cywilizowani i oficerowie. Ludzie byli przerażeni, panicznie bojąc się o własne życie.
Stefan Dropiński w popłochu pali wszystkie rzeczy i dokumenty pastorowej, zaciera wszelkie ślady kontaktu. Postępuje tak ze strachu, że wyjdzie na jaw niedawna pomoc Grossowej. Grozi to rozstrzelaniem całej rodziny. Ojciec nakazuje Stefani –milczenie. Nikt nie może wiedzieć. Nikt.
Po latach przychodzi list od pastorowej. Kobieta informuje, że udało się jej przedostać do Berlina z dzieckiem. Ze względu na bezpieczeństwo Dropińscy ucinają kontakt, aby nie sprowadzić na siebie uwagi SB.
Jakby to było wczoraj…
Moja babcia do końca życia wspominała czasy wojny i podróż z dzieckiem pastorowej z poruszeniem. Tak bardzo były to wspomnienia żywe, nienaruszone przez czas, jakby wydarzyły się wczoraj.
Mam nadzieję, że kogoś zainteresuje ta historia. Szkoda że tak późno powstała książka, już nie ma tak wielu osób, które wniosły by do tekstów swoje doświadczenia, swoją pamięć o dziejach Zagórowa. Moim moralnym obowiązkiem było zatem opowiedzieć tą historię, wyrazić tym samym szacunek wobec heroicznej postawy mojej śp. babci i w końcu pokazać światu jaką odważną była dziewczyną. Nie wierzcie, że prawdziwi bohaterowie noszą peleryny… Ale całkiem możliwe, że niektórzy chwilę temu zdjęli z głowy wianek z polnych kwiatów. Tak jak ona.
Renata Bartczak
red. K. Połom
