Zofia Dohnke: Pochodzę z Warszawy, gdzie mój ojciec w 1927 roku zawarł związek małżeński Rozalią Kobylińską pochodzącą z Zagórowa. Rodzice żyli ze sobą przez dwanaście lat, dopóki nie wybuchła wojna. Przez ten czas mój ojciec był kupcem warszawskim i należał do Związku Metalicznego Kupiectwa Chrześcijańskiego. Posiadał duży sklep spożywczy i można powiedzieć, że przez te dwanaście lat dorobił się na nim majątku. W sklepie oprócz rodziców pracowały na stałe dwie ekspedientki.
Mój ojciec za żonę chciał tylko Zagórowiankę…


Dziadek Jan Kobyliński miał duże gospodarstwo, a kiedyś to był nawet wójtem Zagórowa i naczelnikiem Ochotniczej Straży Pożarnej. On zawsze był jakąś ważniejszą postacią w Zagórowie. Mój ojciec po osiemnastu latach nieobecności w Polsce przyjechał do Zagórowa poszukać sobie żony. Moja mama Rozalia prowadziła wtedy w Zagórowie sklepik i nie wiem jak to się stało, że oni się poznali. Oni zostali wyswatani. Ojciec miał już wtedy trzydzieści pięć lat. W sumie to wrócił do Warszawy na krótko tylko, bo nie wiedział jeszcze, co będzie robił. Chciał założyć rodzinę, ale nie znał zbyt wielu osób, więc po prostu przywędrował z tej Warszawy do Zagórowa i żonę sobie znalazł, którą zabrał ze sobą do stolicy. Tak jak wspominałam wcześniej żyli oni sobie do wybuchu wojny przez dobrych dwanaście lat. Moja mama jednak bardzo ciągnęła do swoich bliskich. Pamiętam jak przed wojną przyjeżdżaliśmy pociągiem, którym bardzo długo się jechało w odwiedziny do rodziny. Mama miała jeszcze stryja Maciejewskiego w Gnieźnie i tam go też odwiedzaliśmy. Tadeusz Maciejewski był synem Bronisława Maciejewskiego, czyli wnukiem mojego dziadka. Byłam wnuczką dziadka Maciejewskiego, a on był wnukiem od jednej siostry, a ja od drugiej siostry.
Kiedy wybuchła wojna ja chodziłam do piątej klasy.…
Pierwszy dzień wojny pamiętam doskonale. Ojciec nastawił radio, w którym przez całe czas było słychać tylko: Uwaga! Uwaga! Nadchodzi KORA-43… (mowa o jakimś samolocie), co chwilę syreny się odzywały, a potem bomby leciały… Przeżyliśmy to bardzo! Niemcy 9 września już byli na przedmieściach Warszawy, ale zostali wyparci. Jednak okrążyli Warszawę, która się całkowicie poddała w czwartym tygodniu walki. To były straszne przeżycia…!
Okupacja była straszna. W okupacji ja chodziłam na tak zwane komplety do szkoły średniej, a mój brat chodził do szkoły podstawowej, bo szkoły podstawowe jeszcze istniały.
Mój brat w czasie okupacji często znikał z domu – zaangażował się w działalność konspiracyjną
W czasie wojny mój brat należał do jakiejś organizacji. Mama nie wiedziała do jakiej, ale to niby było harcerstwo, chociaż do harcerstwa nie można było należeć, ponieważ nie było takiej organizacji. Jednak on często gdzieś znikał. Niby normalnie chodził do szkoły, a popołudniami mówił, że chodził do jakiegoś pana, którego nazwiska już nie pamiętam. Ten pan miał zakład, w którym naprawiał żelazka i inne urządzenia elektryczne i mój brat mówił, że chodzi mu tam pomagać. Jednak tam był taki zbiorczy punkt do wszystkich organizatorów podziemia. Powstawały w nim ulotki i ci młodzi chłopcy, którzy niby tylko pomagali temu panu, to roznosili te ulotki. Krzysztof właśnie w tym uczestniczył i to było jego zadanie.
Więcej nie mogę powiedzieć poza tym, że przez Krzysztofa poznałam kilku jego kolegów, którzy potem do mnie przychodzili i opowiadali o swojej pracy w konspiracji. To wszystko było w tajemnicy przed rodzicami, wiadomo tylko było, że to rówieśnicy ze szkoły. Oni niby przychodzili w odwiedziny sobie porozmawiać. Jak powstanie wybuchło to też przychodzili, ale po cichu, żeby dostać papierosy. Te papierosy to ja dosłownie kradłam dla tych powstańców mojemu ojcu, który miał duże zapasy jeszcze ze sklepu. Takie torby ich były i ja się dobierałam do tego tak nieuczciwie, nie mówiąc rodzicom i dawałam im te papierosy, a oni powstańcom je zanosili. Taki był mój udział w tym procederze.
Z kolei oni przynosili mi do domu takie małe pistolety i pokazywali jak się je rozbiera i jak się składa. Takie to rzeczy się działy, które pamiętam. Przez pierwsze dziewięć dni powstania, w których Niemcy weszli do Warszawy, od czasu do czasu przychodzili ci koledzy do mnie jeszcze razem z Krzysztofem. Jednak potem, kiedy Niemcy byli już dookoła to on już nie mógł się do nas przedostać. Na początku w innej dzielnicy miał luźne kontakty z najbliższymi, ale dalej nie mógł przejść, bo tam już były jakieś poszczególne komisje, czy coś w tym rodzaju. A potem to już siedział do chwili, aż nas wyrzucili z tej Warszawy i to była cała jego praca konspiracyjna. To wszystko, co mogę powiedzieć.
Krzysztof cieszył się z wybuchu powstania…
Wspominam jeszcze, że bardzo się cieszył, ale on o powstaniu dużo powiedzieć nie mógł, bo z bronią nie walczył. Jak wcześniej z tymi starszymi od siebie kolegami przychodził to mieli pistolety, które czyścili, zapoznawali się z ich działaniem, ale to wszystko, co wiem. Jak dalej było to nie mogę powiedzieć już, ponieważ potem byliśmy zamknięci w schronach i się nie ruszaliśmy dopóki Warszawa nie została oswobodzona, a wtedy już po całej konspiracji nie było nic.
Z pewnością był to czas grozy, okropny czas. Po zakończeniu powstania wypędzili nas z domów, do których zresztą już nigdy nie wróciliśmy. Część poszła od razu do obozów koncentracyjnych, a nas skierowano do obozu przejściowego, który mieścił się na targowisku podwarszawskim. Było to wielkie targowisko wybrukowane „kocimi łbami” i tam się znalazło około trzech tysięcy ludzi, jeden obok drugiego. Nocowaliśmy tam przez trzy noce i w sumie nie wiedzieli, co z nami dalej zrobić. Nie można było nas przetransportować, bo jeszcze niedaleko gdzieś w Warszawie słychać było walki i tak nas wszystkich tam trzymali na tym targowisku.
Dopiero jak wyswobodzili dzielnicę wyprowadzili nas za Warszawę do takiej kolejki elektrycznej KD i wywieźli gdzieś, po czym wypuścili i wszystkim kazali iść w jakimś kierunku. Jeszcze pamiętam jak jakiś Niemiec (myśmy ze znajomymi mieli jakieś nasze wspólne rzeczy w jednej torbie i chcieliśmy sobie je przekazać) przyszedł i walnął nas abyśmy dalej szli. Znaleźliśmy się potem w takim gospodarstwie obszarnika, który miał piękny pałac i mnóstwo ziemi. Zapędzili nas do tego pałacu i myśmy tam mieszkali przez cztery miesiące aż do zakończenia wojny. Łuny walk w Warszawie widzieliśmy już tylko z daleka, bo to było ze trzydzieści kilometrów od nas. Jednak nie można było się tam już dostać.
Nurkowski ( ojciec Kazimierza ) był bratem babci mojej mamy z Zagórowa i miał dużo dzieci. Dwie panny Nurkowskie były u mojego ojca w sklepie w Warszawie zaangażowane jako ekspedientki. Jednak pracowały tam krótko, a potem jedna założyła swój sklep i drugą siostrę do siebie zabrała. Właściwie na tym skończyła się nasza łączność. W ogóle te wszystkie spotkania, jakie były to były takie tajne, zakamuflowane. Nikt nikomu nic nie mówił, potem dopiero się okazywało jak to wyglądało. Może
Krzysztof miał później jeszcze jakieś znajomości, jak wrócił po wojnie do Warszawy i tam studiował. Jeszcze nazwisko Majewski przypominam sobie, ale nie mogę skojarzyć. Ja się urodziłam w Warszawie, a w Zagórowie mieszkałam dwa lata po zakończeniu powstania. Jak nas wyrzucili z mieszkania w Warszawie to potem, jak Niemcy odeszli myśmy poszli zobaczyć to nasze mieszkanie, które było całe w zgliszczach do tego stopnia, że nie było co zbierać. Razem z mamą grzebałyśmy w tym gruzie. Znalazłam jedną łyżkę i pokrywkę od garnka i to wszystko, co było.
Pociągiem przyjechaliśmy do Słupcy. To był styczeń, a my na takiej otwartej platformie jechaliśmy z przesiadkami, z postojami w Kutnie i jeszcze gdzieś po drodze. Wyrzucili nas niemal w tej Słupcy i przez jedną noc nocowaliśmy u ciotki Stachy, siostry mojej mamy. Następnie szliśmy na piechotę ze Słupcy do Zagórowa i w Zagórowie u babci się zatrzymaliśmy, gdzie zamieszkaliśmy. Babcia nas przechowała chyba ze dwa miesiące, a potem mój ojciec znalazł sobie pracę w Gminnej Spółdzielni.
Krzysztof zdobył wykształcenie dzięki krewnym taty, ja jednak musiałam pójść do pracy.
Zaraz pomyślał o szkole dla Krzysztofa, żeby zaczął się uczyć. Krzysztof poszedł do szkoły dzięki temu, że mieliśmy kuzyna Tadeusza Kobylińskiego, jednego z braci mojego ojca. Syn jego mieszkał w Kaliszu, gdzie rodzinę założył i zgodził się przyjąć Krzysztofa do swojego mieszkania. Powiedział, że może u niego mieszkać i się uczyć. Miał zatem dach nad głową i tylko ojciec dorzucał na wyżywienie i na utrzymanie trochę pieniędzy. Jednak dla mnie już nie starczyło i musiałam w Zagórowie zostać.

Zatrudniłam się w Urzędzie Stanu Cywilnego, gdzie wypisywałam metryki, bo był wtedy duży ruch ludności.. Ludzie przyjeżdżali, wyjeżdżali, stale zmieniali się i trzeba było te metryki ślubów, urodzenia, zgonów wypisywać, a ja umiałam ładnie pisać, więc pisałam te metryki. Na tym zarabiałam i tak jakoś się utrzymywaliśmy. Kiedy mój brat jak skończył szkołę w Kaliszu, to pojechał do Warszawy, zaczął studiować, zdał na politechnikę. Bardzo dobrze się uczył i pracował jednocześnie w jakimś klubie rozrywkowym. Mieli taką swoją rewię akademicką i on tam pracował. Dużo wspomnień miał z tego czasu, był szczęśliwy. Potem się ożenił i dostał pracę w Zakładach Przemysłu Cukrowniczego w jakiejś centrali cukrowniczej i wysłali go na budowę cukrowni do Chin.
To było straszne, bo zostawił swoją rodzinę, córkę i żonę, ale zarobił dużo pieniędzy. Dorobił się i kupił mieszkanie i na urządzenie starczyło. Od tego czasu to mu się dobrze powodziło. Był dosyć zdolny tylko chorowity, chyba te Chiny też mu trochę zdrowie zmieniły. Ten klimat mu chyba tam nie służył i od tego czasu stale chorował. Bardzo często wracał do powstania i chętnie o tym opowiadał.

Wywiad przeprowadzony przez Łukasza Parusa spisała z nagrań Julia Harmacińska, redagowała – Joanna Kruczkowska