Długi cień: rok 1918 – Akcja Barka

Rysunek szkuty na wodzie, zbryzgany krwią

Będzie to opowieść o jednym z najbardziej dramatycznych rozdziałów zagórowskiej historii w 20. wieku. O tym, jak młodzieńczy, ideologiczny poryw z listopada 1918 roku się pierwszym rozdziałem tragedii, której konsekwencje położyły się długim cieniem na losach kilku zagórowskich rodzin. Będzie to opowieść o tzw. “Akcji Barka” i jej reperkusjach… Chciałabym podzielić tę historię na dwie części i opublikować osobno. Pierwsza część to relacja z wydarzeń z 1918 roku  w oparciu o dostępne źródła. W drugiej – opowiem o tragedii z 1939 roku. 

W latach 1914-1918 trwała w Europie Wielka Wojna…

Zwarły się w niej między innymi trzy mocarstwa zaborcze: Rosja oraz – po przeciwnej stronie – Prusy i Austro-Węgry. Zagórów, znajdujący się formalnie w granicach ziem carskich, przeszedł pod okupacją niemiecką. 

Przegrywającym armiom pruskim i austriackim coraz częściej głód, chłód i strach zaglądały w oczy. Władze mocarstw rozpoczęły wzmożoną politykę rekwizycji: polskich chłopów pozbawiano wyhodowanych płodów rolnych, żywność wywożono w głąb Prus. W pewnym momencie gospodarz miał prawo zatrzymać na własne potrzeby zaledwie 50 kg zboża ( później liczbę tę zwiększono do 100 kg ). Plony były dramatycznie niskie, większość społeczeństwa cierpiała głód i zapadała na choroby związane z niedożywieniem. Rekwizycji podlegały również dzwony kościelne, klamki, okucia, metalowe elementy które dałoby się przekuć na amunicję dla niemieckiej armii. 

obraz w stylu ilustracji historycznej z 1918 roku, który będzie przedstawiał:

rodzinę rolników w chudych, prostych ubraniach z epoki (ojciec, matka, dzieci),

scenę smutku i bezradności – np. stojących przy chacie, przy płocie, z workami zboża i ziemniakami,

uzbrojonych mężczyzn (żołnierzy lub milicjantów z epoki), którzy odchodzą już z zabranym dobytkiem,

psa szczekającego przy obejściu, by dodać dramatyzmu,
REKWIZYCJA – CHŁOPSKA RODZINA POZBAWIONA ŚRODKÓW DO ŻYCIA. ILUSTRACJA GENEROWANA PRZEZ AI.

Polakom trudno było znosić taką sytuację. Zagórowianie nie byli wyjątkiem. Z rosnącą frustracją obserwowali, jak żywność odbierana ich rodzinom przewożona jest w głąb Prus. W naszych okolicach procederem przewozu żywności zajmowało się dwóch braci z Wrąbczyna. Nazywali się Kleinstein i byli potomkami niemieckich osadników. W Zagórowie byli znani i nazywani „Klementami”. Nie byli bogaci, a stara i połatana szkuta typu berlinka była ich głównym źródłem utrzymania. Przewożąc zarekwirowaną żywność Wartą mieli szansę zarobić na wykarmienie własnych rodzin. Łódź była mocno nadgryziona zębem czasu, nie miała silnika napędowego, płynęła po prostu z prądem rzeki. Miejscem załadunku było miejsce przy pierwszym moście na Warcie na trasie Ląd-Zagórów. 

W 1914 roku zawiązała się Polska Organizacja Wojskowa ( POW ), w której szeregi wstąpiło wielu młodych, świadomych swych patriotycznych obowiązków ludzi. Byli to między innymi chłopcy i dziewczęta związani wcześniej z ruchem harcerskim.

 Również w miasteczku utworzona została komórka nowej organizacji. 

Komendantem głównym został Karol Rychliński, który ślubowanie złożył w Borku Lądkowskim na ręce Mieczysława “Zadory” Skabowskiego. „Karolak” ( pod tym pseudonimem w POW znany był Rychliński) szybko zgromadził wokół siebie grupę młodych, oddanych Ojczyźnie mężczyzn. Swoją działalność rozpoczęła także żeńska drużyna pomocnicza i wielu sympatyków, wspierających działalność antyzaborczą.

Peowiacy spotykali się na zbiórkach w Borku Lądkowskim, gdzie odbywali m.in. przysposobienie bojowe i słuchali płomiennych przemówień patriotycznych o konieczności stawienia czynnego oporu ciemiężycielom. 

“Trzeba zawsze iść przed siebie. Przez walkę, przez krew, przez blizny zbliżamy się do wolnej Ojczyzny” mówił Mieczysław “Zadora” Skabowski podczas zlotu rejonowego POW 22/23 sierpnia 1917 w Lądzie. 

Wtórował mu ks. Jan Ostrowski: “Poewiacy! Wyście mścicielami, musicie pomścić wszystkie krzywdy wyrządzone w naszym narodzie przez wroga”

We wrześniu 1918 roku w Słupcy miała miejsce manifestacja patriotyczna, w której wzięło udział wielu Peowiaków z całego rejonu, jak również harcerze, sympatycy, rodziny członków organizacji. Zgromadzenie miało podniosły, momentami dramatyczny przebieg, a wydźwięk – zdecydowanie antyniemiecki. 

Akcja Barka

20 września 1918 r. Karol Rychliński, komendant główny POW w Zagórowie oraz Komendant Okręgu Mieczysław Skabowski przedyskutowali kwestię rekwizycji na swoim terenie i możliwości czynnego sprzeciwu. Padł rozkaz przejęcia i/lub zatopienia barki braci Kleinstein. Zadaniem „Karolaka” było zorganizowanie akcji dywersyjnej.

Rychliński wybrał 10 najbardziej zaangażowanych członków swojej grupy i podzielił się z nimi planami. 

Do akcji przygotowywali się, obserwując bacznie łódź, sprawdzając terminy załadunku, stan załogi. 

W tej grupie znaleźli się: Feliks Molski, Jan Kmieciak, Leon Michalski, Romuald Brzeg, Antoni Płócienniczak, Stanisław i Feliks Budaszewscy, Franciszek Pluciński, Jan Pawłowski, Władysław Rychliński. 

To byli młodzi ludzie, dwudziesto-, dwudziestokilkuletni idealiści, pełni zapału, by przysłużyć się Ojczyźnie. Wielkie wrażenie zrobiły na nich przemowy „Zadory” i ks. Ostrowskiego. Wierzyli zapewne, że krzywdy wyrządzone Polakom należy pomścić w bezkompromisowej walce.

BARKA. ILUSTRACJA WYGENEROWANA PRZEZ AI.

W nocy z 7 na 8 listopada przeprowadzono atak na barkę. Komendantowi Rychlińskiemu bardzo zależało na przeprowadzeniu akcji bez rozlewu krwi. Barkę należało przejąć, Niemców – unieszkodliwić, a samą łódź wraz z załadunkiem – jeśli się tylko da – zatopić. Moim zdaniem Peowiakom nie zależało na zabiciu załogi, jedynie na sprawieniu, że szkuta stanie się niezdatna do pełnienia swojej funkcji.

Na czatach rozstawionych zostało 7 członków organizacji: Kmieciak, Michalski, W. Rychliński, Molski, Pawłowski, Pluciński, F. Budaszewski. Ich zadaniem było obserwowanie sytuacji na szosie z każdej strony  i wczesne zaalarmowanie grupy przeprowadzającej główny atak. 

Następujące po sobie wydarzenia opiszę teraz w oparciu o relacje uczestników, którzy zanotowali przebieg akcji w kwestionariuszach podań o odznaczenia dla bojowników o wolność i niepodległość Ojczyzny. Chociaż relacje Peowiaków spisane były lata po opisywanych wydarzeniach, to pomimo jakichś drobnych nieścisłości są raczej spójne, nie wykluczają się, a potwierdzają wzajemnie. 

Na łódź wtargnęli: komendant Rychliński, Roman Brzeg – uzbrojony w rewolwer, Antoni Płócienniczak i Stanisław Budaszewski – zaopatrzeni w łomy oraz świdry. Bracia Kleinstein na widok intruzów uciekli do kajuty i zamknęli się od środka. Peowiacy rozpoczęli wiercenie dziur w łodzi, co spowodowało, że załadowana po brzegi towarem berlinka zaczęła zanurzać się i niebezpiecznie przechylać. Czwórka Polaków natarła wówczas na drzwi kajuty, usiłując dostać się do środka. 

Kolejne wydarzenia wymykają się spod kontroli i dają początek dramatycznej historii…

Stanisław Budaszewski i Antoni Płócienniczak wyłamali zamek drzwi przy użyciu łomu. Do środka wszedł Brzeg, sprawdził teren i wprowadził kolegów do kajuty. Przeszukali pomieszczenia i w jednym z nich znaleźli załogę. 

Mężczyzna mierzy z rewolweru do dwóch innych mężczyzn, stojących z rękami do góry.
„Na mój rozkaz podnieśli ręce do góry. W tym momencie padł z mego rewolweru strzał….” ILUSTRACJA WYGENEROWANA PRZEZ AI.

„Zobaczyłem Niemców w ciasnej kajucie. Na mój rozkaz podnieśli ręce do góry. W tym momencie padł z mego rewolweru strzał.  Padł jeden trupem, drugi rzucił się na mnie i tej chwili strzeliłem mu w głowę i padł…” – relacjonuje Romuald Brzeg. 

Nieco inaczej zapamiętał to Budaszewski i zanotował w swoim życiorysie, składanym do Biura Komitetu Krzyża i Medalu Niepodległości w 1936 roku:

 „Brzeg wydał rozkaz – bić niemców. Ja drążkiem żelaznym uderzyłem z pełnej siły jednego niemca 2 razy w głowę i drugiego 2 razy. Wówczas Romuald Brzeg do jednego Niemca strzelił 2 razy oboma strzałami w głowę, strzelał również do drugiego, trafiając w szczękę i nogę”. 

 “Wspólnie z drugimi wywlokłem po schodach zabitych niemców i wrzuciliśmy ich do Warty”– uzupełnia obraz Antoni Płócienniczak [ pisownia oryginalna ].

Młodszy z zaatakowanych był ciężko  ranny, ale wciąż żył. Zrzucony z pokładu ocknął się w wodzie i jakimś cudem udało mu się przeprawić do brzegu i zbiec. Podczas ucieczki prawdopodobnie natknął się na stojącego na czatach Feliksa Molskiego.  Całkiem możliwe, że stojący na czatach najbliżej łodzi Peowiacy na dźwięk wystrzałów opuścili swoje posterunki i pospieszyli sprawdzić, co dzieje się na barce. [ Z relacji niektórych osób, rozmawiających z Marianem Jareckim, autorem książki “PEOWIACY. Pierwsze ofiary okupacji niemieckiej w Zagórowie” wynika, że Molskiego rozpoznano po sztywnej nodze. Nie jest to prawda, Feliks Molski, sprawność utracił  dopiero w wojnie polsko-bolszewickiej, amputowano mu część nogi i od tamtej pory nosił protezę. – przyp. K.P. ]  Uciekający Kleinstein  rozpoznał Molskiego, o którego udziale w napadzie doniósł na najbliższym posterunku żandarmerii.

Łódź z załadunkiem zatonęła, uczestnicy akcji zbiegli. Co się stało z zatopionym towarem? Kto skorzystał najbardziej na zatopieniu barki? O tym nasi kronikarze zmilczeli…

Mapa
MIEJSCE ZATOPIENIA BARKI ZAZNACZONE NA MAPIE Z 1940 R.

Już następnego dnia rozpoczęły się poszukiwania winnych. Feliks Molski został aresztowany i przewieziony do Konina, gdzie przesłuchiwano go w sprawie. Nie przyznawał się do posiadania jakichkolwiek informacji na temat napadu.

Życie uratowało mu to, że 11 listopada doszło przejęcia posterunku przez bojowników POW. Dołączył do nich podczas rozbrajania innych posterunków w okolicy. To samo zrobili jego koledzy z zagórowskiej  organizacji. 

Później Peowiacy wrócili do domów, do swoich rodzin...

Państwo Polskie odzyskało  niepodległość. Oznaczało to nie tylko radość, ale i ogrom pracy nad organizacją państwa na nowo, walkę z analfabetyzmem, ujednolicenie prawa… W międzyczasie władzę nad terenami polskimi znów usiłowała objąć Rosja i zaraz miała zacząć się wojna polsko-bolszewicka (w której wielu Peowiaków brało udział). W obliczu ogromu wyzwań organa władzy nie mogły albo i nie chciały zajmować się sprawą śmierci na szkucie. To była zbyt błaha historia w porównaniu do wszystkich poważnych narodowych spraw.  Rodzina ofiary, w tym również ocalały brat nie mogli się doprosić o śledztwo i ukaranie sprawców. 

Z ich perspektywy doszło do zbrodni: wskutek napaści na ludzi wykonujących swoją pracę zginął jeden niewinny człowiek, a drugi został ranny, po czym próbowano go utopić. Napastnicy mieli broń oraz przewagę liczebną. W oczach wielu przedstawicieli niemieckiej mniejszości to było zabójstwo i usiłowanie zabójstwa. Zmarły był czyimś synem, bratem, może mężem i ojcem. Ponoć przez wiele lat niemieckiej rodzinie towarzyszyło poczucie krzywdy, ponoć brat zabitego nie raz odgrażał się publicznie:  “Zabójców mojego brata dosięgnie ręka sprawiedliwości, już ja o to zadbam!”. 

Krzyczący mężczyzna, wygraża pięścią.
“Zabójców mojego brata dosięgnie ręka sprawiedliwości, już ja o to zadbam!” ILUSTRACJA WYGENEROWANA PRZEZ AI.

Jednak dla rodzin Peowiaków i większości polskiej społeczności, uczestnicy akcji “Barka” byli bohaterami. Odważyli się z bronią w ręku wystąpić przeciwko rabunkowej polityce, machinie  rekwizycji i uniemożliwili znienawidzonym wrogom wywóz  zboża odebranego Polakom… Byli młodzi, śmiali, nie cofnęli się przed niczym. Mieli głowy wypełnione ideałami, a serca pełne nienawiści do wszystkich, których widzieli jako wrogów Ojczyzny. 

Nieprawdą jest jednak twierdzenie, że wszyscy uczestnicy wydarzeń czuli się bohaterami. Z rozmów z Janiną Brzegową, córką Jana Kmieciaka, dowiedziałam się, że jej ojciec nie czuł się dobrze z faktem, że podczas akcji zginął człowiek. Mówił, że nie taki był plan. Zdecydowanie bardziej dumny był ze swojego udziału w “Akcji Dzwon” [ o tej akcji warto napisać więcej w innym artykule- przyp. K.P.  ]

Romuald Brzeg z kolei  po wydarzeniach z 1939 roku odczuwał bardzo silny żal i wyrzuty sumienia. Winił siebie za śmierć swoich przyjaciół. Mówił: “Gdybym ja nie strzelał wtedy, to może oni by dziś żyli…” – mawiał ponoć. Trudno było mu na co dzień ze świadomością, że jako jeden z niewielu przeżył, bo uciekł, miał wrażenie, że zostawił towarzyszy na pastwę dyszących żądzą zemsty żandarmów niemieckich… 

Z dzisiejszej perspektywy cała “Akcja Barka” wydawać się może chaotyczna i całkiem niepotrzebna. Przecież kilka dni później Polska odzyskała niepodległość, a zatopienie barki wypełnionej zbożem i ziemniakami – pozbawione sensu. Dla ludzi z początku 20. wieku to wydarzenie było znakiem odwagi i czynnego oporu wobec niemieckich represji. 

Jednak, jak wspomniałam na początku, ta akcja położyć się miała długim cieniem na losach kilku zagórowskich rodzin… O tym zaś przeczytacie Państwo w kolejnej części artykułu.

Przypisy:

  1. Jarecki Marian, Peowiacy. Pierwsze ofiary okupacji niemieckiej w Zagórowie. Zagórów, 2001 r.
  2. Wojciechowska Bogna, Ku wolnej Polsce: z dziejów słupeckiego obwodu POW, 1997.

Dodaj komentarz