Synowie Peowiaka
Bracia Władysław (ur. 1927 r.) i Tadeusz (ur. 1929 r.) Płócienniczak jako młodzi chłopcy przeżyli dramat. Dnia 22 listopada 1939 r. hitlerowcy w bestialski sposób zakatowali łopatami i toporkiem ich ojca, Antoniego Płócienniczaka (ur.1895r.), członka Polskiej Organizacji Wojskowej. Wraz z nim zamordowali innych zagórowskich peowiaków: Karola Rychlińskiego, Franciszka Plucińskiego, Jana Kmieciaka, Feliksa Molskiego i Stanisława Budaszewskiego.
Dlaczego naziści dokonali nikczemnego czynu? Otóż młodzi patrioci w 1918 r., w akcji dywersyjnej, zatopili barkę pływającą niegdyś po Warcie. Znajdowali się na niej dwaj Niemcy. Jednego zastrzelono, drugiemu udało się zbiec. Choć był postrzelony, dopłynął do drugiego brzegu i ukrył się w szuwarach. Pech chciał, że poznał Feliksa Molskiego. W zatopieniu drewnianego statku wzięli udział również: Romuald Brzeg, Feliks Budaszewski, Leon Michalski, Jan Pawłowski i Władysław Rychliński.
Antoni Płócienniczak był z zawodu cieślą. Cechowały go zwinność i siła. To on zatopił barkę, robiąc dziury w pokładzie. Wcześniej ćwiczył tę czynność na mokrych deskach. Nikt nie przypuszczał, że przeprowadzona akcja, będąca ukoronowaniem świeżo odzyskanej niepodległości po 123 latach niewoli, przyniesie w przyszłości tyle cierpienia, bólu, smutku i współczucia.
Niespełna 20 lat później, na początku II wojny światowej, gdy hitlerowcy wkroczyli do Zagórowa, podejrzewano, że będą chcieli się zemścić na peowiakach. Dużą rolę w pojmaniu członków POW odegrał ówczesny niemiecki burmistrz Juliusz Diesterheft. Pomimo, że znał zagórowian od lat i był z nimi po imieniu, jako gorliwy wyznawca ideologii III Rzeszy i miejscowy szef „V kolumny”, pałał żądzą zemsty. Nazywano go w mieście „panem życia i śmierci”. W dużej mierze od niego zależało, kto przeżyje, a kto zostanie wywieziony na roboty przymusowe bądź do obozów zagłady.
Mężczyzn działających w POW w listopadzie 1939 r. podstępem zwabiono do magistratu przy ulicy Kościuszki (dawny posterunek milicji), po czym przetrzymywano w areszcie. –Żadnego z peowiaków nie doprowadzono na posterunek siłą. Każdy poszedł tam sam, zapewne myśląc, że zostanie po jakimś czasie zwolniony. Tak się jednak niestety nie stało– mówi pan Tadeusz.
Dnia 21 listopada, wygłodzonych, pobitych i skrajnie wycieńczonych patriotów, wywieziono późnym wieczorem wozami do lasów koło Grabiny, gdzie dokonano mordów. – Początkowo, prawdopodobnie, chciano zamordować członków POW na kircholu, cmentarzu żydowskim, w Imielnie. Ponoć sprzeciw pastora ewangelickiego zmienił plany nazistów– dodaje młodszy syn Antoniego Płócienniczaka.
Rodziny peowiaków żyły w ogromnym niepokoju. Mówiono im, że osadzeni zostali wysiedleni do prac przymusowych. Poza tym bały się o własny los.- Niemcy chcieli także wywieść żony peowiaków do protektoratu… Byliśmy już spakowani. Mama piekła na drogę chleb u sąsiadki. Przyszli hitlerowcy. Władysław tego dnia był bardzo blady. Mama powiedziała mu, żeby położył się do łóżka i udawał chorego. Naziści widząc, że brat jest chory, zostawili nas w spokoju– przypomina sobie tę chwilę pan Tadeusz.
Kolejne represje…
Jak potoczyły się dalej losy rodziny Płócienniczaków? Żona Antoniego, Klara, cierpiała biedę. Szyła i haftowała, by zarobić na życie. Syna Henryka skierowano na ciężkie roboty. Później trafił do obozu koncentracyjnego w Mauthausen-Gusen. Najstarszy syn, Władysław, rozpoczął jeszcze przed wojną pracę na plebanii u proboszcza Sowińskiego. (Rzekomo duchowny głosił podczas mszy kazania antysemickie. Niektórzy młodzi katolicy wracając z nabożeństwa, rzucali w Żydów kamieniami. Bracia Płócienniczak nie potwierdzają tego faktu). –Tę pracę załatwił mi kolega Tadeusz Żółtowski. Zacząłem pracować w 1939 r., kilka miesięcy przed wybuchem wojny. Pasłem dwie krowy na łączce przed budynkiem plebanii– wspomina pan Władysław.
Najmłodszy z rodzeństwa, Tadeusz, dziwnym zbiegiem okoliczności dołączył do brata na plebanię. Niestety nie rezydował już na niej proboszcz Sowiński- został wywieziony do obozu w Dachau i zamordowany- tylko despotyczny hitlerowiec Walter Staudigel.
– Pracowało ze mną dwóch chłopaków. Jeden z nich nazywał się Jerzy Rogowski. Obaj uciekli. Brakowało ludzi do pracy. Od razu zaangażowałem do robót brata. Na probostwie było wiele roboty. Hodowano krowy, świnie, owce, gęsi i kury-mówi pan Władysław. – Brakowało ludzi do pasienia gęsi, więc od razu się zgodziłem. To była szansa, żeby mnie Niemcy nie wywieźli na przymusowe roboty albo do obozu koncentracyjnego. Przecież wywożono młodych chłopaków– opowiada pan Tadeusz.
Walter Staudigel był kapitanem i dowódcą Volkssturmu, formacji o charakterze pospolitego ruszenia, stworzonej pod koniec wojny dekretem Hitlera, w skład której wchodzili m.in. członkowie Hitlerjugend i folksdojcze. Ślubowanie miejscowych nazistów odbyło się na Dużym Rynku w Zagórowie pod koniec 1944 r. Staudigelowi powierzono misję szturmowania Łodzi. Nie doszło jednak do niej, gdyż Niemcy znacznie przegrywali wojnę.
Nazista pełnił również obowiązki nadleśniczego. Chodził zawsze w zielonym mundurze i kapelusiku z piórkiem. Ten niewysoki, tęgi, ponad 60-letni mężczyzna o blond włosach, słynął z napadów furii. Bali się go wszyscy żandarmi w okolicy.- Jak krzyczał na plebanii, to było go słychać w całym mieście– wspomina pan Tadeusz. – A gdy wypowiadał słowa <<Harkott Sakrament>>, to oznaczało, że jego zdenerwowanie osiąga apogeum– dodaje pan Władysław.
Niemiec uwielbiał polowania na dziki, sarny, lisy i zające. Przyjeżdżali do niego wysocy rangą oficerowie niemieccy, a nawet Martin Bormann, prawa ręka Hitlera, generał SS i sekretarz Rudolfa Hessa. Po łowach odbywały się uczty, zapewne suto zakrapiane alkoholem.- W budynku plebanii znajduje się duża sala, więc Niemcy mieli gdzie urzędować– mówi pan Tadeusz.
Gdybyśmy go dzisiaj zobaczyli, obdarlibyśmy go ze skóry…
Nie dość, że rodzina Płócienniczaków- podobnie jak pozostałe familie peowiaków i zagórowian- borykała się z wieloma problemami i obawiała o własne życie, to bracia Władysław i Tadeusz pracowali dla cholerycznego hitlerowca, który wiedział, że ich ojciec walczył przeciwko Niemcom. Nieraz się przez to wyżywał na chłopcach. Krzyczał i bił. W każdej chwili mógł zastrzelić młodzieńców. – Gdybyśmy go dzisiaj zobaczyli, to bez żadnych skrupułów i wyrzutów sumienia obdarlibyśmy go ze skóry– dosadnie mówi pan Władysław. – Brat oprzątał konia. Pewnego dnia ja się zajmowałem zwierzęciem. W koryto nasypałem sieczki i owsa, ale bez miarki. Zauważył to Staudigel. Podszedł i dwukrotnie mocno mnie spoliczkował. Nie poszedłem w tym dniu na kolację-wspomina pan Tadeusz. –Jak przechodził obok nas, trzeba było zdjąć czapkę i powiedzieć <<guten Morgen>>. W innym wypadku dostawało się w twarz-dodaje starszy brat.
Hitlerowiec posiadał 9 psów myśliwskich. Bracia chodzili do rzeźni po krew. Gotowano ją i podawano czworonogom.- Wracałem z rzeźni z pustymi wiadrami. Byłem na Berdychowie, koło domu państwa Marciniaków. Nagle patrzę, idzie żandarm. Nie zdjąłem czapki, mijając go. Zatrzymał mnie. Musiałem z 50 razy przechodzić obok niego, zdejmować czapkę, wracać i powtarzać tę czynność. O dziwo, nie dostałem w skórę. Wiadra miałem puste, więc mogłem wcześniej zdjąć nakrycie głowy. Celowo tego nie zrobiłem – opowiada pan Tadeusz. –Jak pasłem gęsi, lubiłem czytać. W ogóle lubiłem książki. Raz się zaczytałem, siedząc pod drzewem. Padał deszcz. Nie zauważyłem, że gęsi weszły w buraki. Zobaczył to Staudigel. Podszedł i wziął moją książkę. Struchlałem. Obejrzał i oddał… Z biblioteczki księdza Sowińskiego pożyczyłem parę książek do poczytania– dodaje. –We wojnę palono książkami w piecach-dopowiada pan Władysław.
Na plebanii mieściło się biuro. Pracował w nim sekretarz Staudigela- Ten Niemiec nie był taki zły. Jak zabił sarnę, to prosił mnie, żebym nie mówił nadleśniczemu-wspomina pan Władysław. Ponadto hitlerowiec miał służbę składającą się z kucharki, gosposi (pań Andrzejakowej, matki przedwojennego kościelnego, i Krzyżanowskiej), pracowników Witkowskiego, Frątczaka oraz młodych parobków.
Bracia Płócienniczak całe dnie pracowali. Wracali do domu późnym wieczorem bądź nocą. Nie musieli mieć przepustek, bo Staudigel obwieścił kolegom, że młodzieńcy są na jego usługach. Przez całą wojnę nie zostali ani razu wylegitymowani. Od godz. 20.00 obowiązywała godzina policyjna.- Czasami wracałem po północy do domu. Zawoziłem nadleśniczego wozem na polowania. Nie raz musiałem za nim czekać wiele godzin bądź później po niego jechałem – mówi pan Władysław. – Jedynym plusem naszej pracy u tego okrutnego człowieka było to, że dostawaliśmy jedzenie. Jedliśmy w kuchni ze służbą 3 posiłki dziennie. Nie chodziliśmy za to głodni– uzupełnia pan Tadeusz. – Jako deputat otrzymywaliśmy cukier. Na gwiazdkę srogi gospodarz dawał nam nawet cukierki i buty– dopowiada pan Władysław.
Pewnego dnia pan Władysław pojechał z nadleśniczym do Wrąbczyna. Niemiec zauważył chłopca, notabene kolegę braci Płócienniczaków, Wacława Sobczaka. Rozkazał wejść mu na wóz. W drodze powrotnej, za pośrednictwem woźnicy Władysława, wypytywał Sobczaka o wiek. Gdy wóz zajechał pod plebanię, Staudigel zadzwonił na posterunek i poprosił, żeby ktoś przyszedł po chłopaka przywiezionego z Wrąbczyna.- Wacek u jakiegoś żandarma czyścił rowery, ale później uciekł. Zaczęły się poszukiwania. Przeczesano cały Wrąbczyn. W końcu hitlerowcy go znaleźli i wywieźli do Auschwitz. Przeżył obóz zagłady. Niedawno temu zmarł– relacjonuje pan Władysław.
Niemcy uciekają w popłochu
Gdy kończyła się wojna i Niemcy sromotnie przegrywali, Staudigel uciekał z Zagórowa jako jeden z ostatnich nazistów. Był mroźny styczeń 1945 r. Zegar wybijał godz. 20.00. Opuszczał miasto 3 wozami wraz z żandarmem z Żychlina. Zabrał ze sobą pana Władysława, obiecując mu motorower, i pracownika Franciszka Glińskiego ze Strzałkowa. Prosił jedną ze służących, żeby z nim jechała, ale stanowczo odmówiła. – Powiedział, że wyjeżdża i za 7 dni przyjedzie. Podkreślił, że mamy zadbać o psy. W przeciwnym razie, jak wróci, to nas zastrzeli. Dostaliśmy po 20 marek, ja i pani Andrzejakowa– mówi pan Tadeusz.- Mało kto wierzył w te bajki. Szybko pozbyliśmy się psów– dodaje.
Wozy opuściły plebanię i zmierzały w kierunku zachodnim. Wielu Niemców w tym czasie uciekało. Polacy nie byli naiwni, zdawali sobie sprawę, że oprawcy przegrali wojnę, więc podstępnie opuszczali ciemiężycieli. Uciekli z wozów Staudigela: gospodyni, pan Władysław i na końcu Franciszek Gliński. – Dojechaliśmy do Pyzdr. Był bardzo późny wieczór. Dawałem koniom jeść. Niemcy rozmawiali. Wyczułem stosowną chwilę i dałem nogę– mówi pan Władysław.
Pan Władysław biegł w kierunku Ciążenia. W pewnym momencie spostrzegł na przejeżdżającym wozie Niemkę, która miała wycelowany rewolwer w woźnicę. Robiło się niebezpiecznie. Tuż za Pyzdrami spotkał dwójkę innych wędrowców. Szli ze Środy Wielkopolskiej. Pochodzili z Turku i Tuliszkowa. Jak się okazało, handlowali przed wojną gęsiami, więc znali z Zagórowa rodzinę Maciejewskich i Szumańskich. Troje zziębniętych wolnych Polaków podążało w kierunku Ciążenia. Będąc we Wrąbczynku, usłyszeli huk wysadzonego mostu w Pyzdrach. Dotarli do Zagorowa w połowie nocy. Tam się ich drogi rozeszły. Pan Władysław wrócił do domu. – Jak braszka wrócił do Zagórowa, to już nie chodziliśmy na plebanię. Po jakimś czasie spotkaliśmy się z Frankiem Glińskim. Też uciekł Staudigelowi, ale tuż przed granicą polsko-niemiecką. Hitlerowiec przeczuwał taki ruch. Ponoć chodził za Frankiem, gdy ten szedł się wysikać– mówi pan Tadeusz.
Co się stało z furiatem Staudigelem? Może przeżył, zmieniając personalia i wyjechał, jak wielu hitlerowców, do Ameryki Południowej? Być może zamieszkał w jednym z krajów europejskich i dożył spokojnej starości? A może został zabity przez Rosjan albo Polaków? Tego nie wiemy. Warto by bliżej przyjrzeć się tej postaci. Należałoby dotrzeć do specjalistycznych książek historycznych z okresu okupacji. W Internecie nie ma żadnej wzmianki o Walterze Staudigelu. Nie ma nawet pewności, jaki jest prawidłowy zapis jego nazwiska. (Marian Jarecki w książce o zagórowskich peowiakach używa form: „Sztanziger” i „Sztandziger”. Ostatecznie pan Tadeusz doradził mi-choć podkreślił, że nie jest w 100 proc. pewny-że nazwisko można zapisać Staudigel, gdyż na końcu wyrazu musi być słyszalna spółgłoska „l”).
Bracia Płócienniczak przeżyli wojnę, ukończyli szkoły i założyli rodziny. Pan Władysław został murarzem i wykonywał różne prace. Pierwsze domy stawiał w Koninie. Pan Tadeusz pracował przez większość życia w zagórowskiej Gminnej Spółdzielni jako referent administracyjno-gospodarczy, kierownik sekcji administracyjno-gospodarczej personalny, planista i kierownik punktu skupu żywca. Ponadto pisał artykuły do „Gazety Poznańskiej”. W tekstach zwracał uwagę władz na problemy społeczne. W 1990 r. bracia przeszli na zasłużoną emeryturę.
Do swoich ostatnich dni panowie Władysław i Tadeusz nie potrafili zrozumieć, dlaczego hitlerowcy, bez żadnego sądu wojskowego i wzięcia pod uwagę okoliczności łagodzących- przecież w 1918 r. zginął w akcji „Barka” tylko jeden Niemiec- bestialsko i podstępem zamordowali zagórowskich dzielnych peowiaków, w tym ich ukochanego ojca, za którym mocno tęsknili całe swoje życie.
Łukasz Parus
Podczas pisania artykułu korzystałem z książki Mariana Jareckiego pt. „Peowiacy. Pierwsze ofiary okupacji niemieckiej w Zagórowie”, wydanej w 2001 r. Zachęcam młodzież do przeczytania tego interesującego opracowania.