Imiona zapomnianych mogił

Zgiełk świata gdzieś zaginął

Podróż z Kanady do Zagórowa zabrała mi równy tydzień. Nie, nie szedłem na piechotę ani nie płynąłem kajakiem. Tylko, że tyle było po drodze do załatwienia w różnych miejscach i czasie. Najpierw oczywiście samoloty Ottawa-Toronto-Amsterdam-Berlin. To razem prawie 20 godzin lotu i siedzenia na lotniskach. Krótka noc w rodzinnym domu w Szczecinie, na tej samej kanapie na której spałem wieki temu jako nastolatek. Rano pakuję się w wynajęty samochód i długa jazda do Kielc, gdzie zagnały mnie obowiązki mojej kanadyjskiej firmy. I wreszcie nadchodzi ostatni etap tej długiej podróży – Zagórów.

Docieram późnym wieczorem, tydzień po tym, jak opuściłem swoje rancho niedaleko Ottawy. Wynajęty wcześniej dom w Zagórowie czekał już na mnie. Udostępnił mi go Rysio, przemiły jegomość , który nie tylko że mi ten cichy dom udostępnił, to jeszcze tego samego wieczora przyjął mnie z czysto polską gościnnością.

Po tej całej podróży i powitaniu, padam ze zmęczenia a w głowie aż huczy od hałasów minionych dni, lotnisk, poczekalni, aut i hoteli. Wrzask lotniskowych megafonów, ryk samolotowych silników, kłębiące się setki ludzi, hałas autostrad, kocia muzyka monitorów telewizyjnych podających niekończące się doniesienia covidowych wiadomości o apokalipsie i końcu świata. Zmęczony, zapadam w ciemność..

Zgiełk świata gdzieś zaginął,

jak świeczka nagle zgaszona.

To wszystko co było ważne,

być przestało.

Huk samolotów, jazgot megafonów,

jeszcze tylko w głowie szumi,

Ale już nie istnieje.

Został gdzieś daleko, za mną,

nie chcę go brać ze sobą,

świata i tak nie zbawię,

ale cisza mnie ocali…

(tekst autora )

Przez gęstą mgłę głębokiego snu przebijał się jakiś dźwięk. Natarczywy, lecz jednocześnie piękny. To metaliczny, głęboki ton kościelnego dzwonu. Niesie się od kościoła ewangelickiego w Zagórowie, znajdującego się
w niedalekim sąsiedztwie mojego wynajętego domu. Zwykle hałas mi przeszkadza, na co dzień żyłem dotąd w ciszy kanadyjskich lasów i łąk, skąd dobiegał co najwyżej śpiew kojotów nad ranem. Tymczasem uśmiecham się. Patrzę w okno, słońce świeci mi prosto w twarz, a w melodii z kościelnej wieży rozpoznaję po chwili starą religijną pieśń „Kiedy ranne wstają zorze”.

Tak mnie przywitał mój Zagórów, tego właśnie podświadomie oczekiwałem po dziesięcioleciach spędzonych
w Kanadzie. Oczekiwałem ciszy i spokoju, i w tym małym domu gdzie zamieszkałem – to właśnie dostałem. Tutaj czas jakby się zatrzymał dawno temu. Stary dom, nietknięte wnęrze, tajemniczy strych pełen zapomnianych już dawno rzeczy, zdjęć i dokumentów. Meble i krany sprzed pół wieku, nawet piec kaflowy stojący w saloniku, lampka nocna
z wbudowaną popielniczką –  kto teraz ma taką lampkę?  Lampka działa, popielniczkę zajmują moje okulary, bo nie palę od dawna. W szafach jeszcze ubrania po zmarłym niedawno właścicielu, buty na półkach, wiele książek i zdjęć. Historia tego domu otworzyła sie przede mną, tak jak historie innych domów i rodzin zagórowskich, o których losach pisałem w wielu artykułach przez ostatnie dwa lata.

Teraz jestem tu, dotykam, czuję zapach, patrzę na te pozostałości z poprzedniej epoki i czyjegoś życia, które przeminęło w tych ścianach. Dobre czy złe, nie wiem tego. I nie śmiem oceniać, nikt mi nie dał do tego prawa. Jestem tu, w samym środku tej przeszłości, i uśmiecham się. Jestem świadkiem przemijania, ale i trwałości rzeczy, które nas otaczają. Tak jak ten dom, w którym jestem. Czas w nim nieubłagalnie przemija, zmieniaja się jego mieszkańcy, ale on trwa na tych samych posadach na jakich został zbudowany ponad sto lat temu. Przez okno widzę sad z jabłoniami, rosnącymi na skarpie sięgającej łąk nadwarciańskich. Stara ławka pod jedną z jabłoni, już prawie rozpadająca ze starości, ale jeszcze ptak na niej przysiadł i śpiewa. Krzyk jakiś nagły słychać z oddali, widzę stado białych gęsi, które musiały mnie zauważyć i jakieś larum podnoszą z sobie tylko wiadomych powodów.
I może to ostatnie duże stado gęsi w Zagórowie, których kiedyś były tysiące. I których jako mały chłopak bałem się panicznie, jadąc na rowerze przez łąki nad Wartę. Ten krzyk głośny, który słyszę teraz z sadu, mam uwieczniony
w głowie z tamtych dawnych czasów. I choć minęły dziesiątki lat, ten krzyk pozostał we mnie na stałe. Tak jak ten dom tu stoi. Jest to miejsce trochę magiczne, koncentruje tak wiele rzeczy, które trudno może w pośpiechu zauważyć. W swojej małej skali symbolizuje zgiełk zagórowskiego świata przepuszczając trochę miejskiego hałasu od swojej fasady patrzącej w stronę Dużego Rynku, ale zaraz wycisza go w tym zielonym sadzie sięgającym łąk, gdzie poranny spokój tylko gęsi od czasu do czasu przerywają. Zgiełk wielkiego świata z którego przybyłem zamieniony na ciszę Zagórowa, lekki hałas Rynku zamieniony na ciszę łąk. Dwa obrazy, a jakby jeden, skala tylko trochę inna.

******

Ta mogiła jest dla mnie wyjątkowo ważna…

Koniec października jest zwykle deszczowy i ogólnie pogoda dość ponura w Zagórowie o tej porze roku. To był pierwszy październik, jaki spędziłem w Zagórowie – dziadków odwiedzaliśmy właściwie tylko latem. Zbliżało się Święto Zmarłych, więc zaplanowałem pójść w odwiedziny do moich prababek, spoczywających w skromnym grobie na zagórowskim cmentarzu. Tego jednak dnia, o dziwo, wyszło piękne słońce, dla mnie to była okazja do sesji zdjęciowej. Wykonałem szybki telefon do Anety, znajomej fotograf,  z którą pracuję od dawna nad różnymi publikacjami. Wchodzimy na cmentarz razem, obładowani sprzętem fotograficznym. Zaparkowaliśmy samochody przed tylną bramą, bo parking przed cmentarzem dość był zapchany, co dało mi okazję do zwiedzania nekropolii.

W części ewangelickiej zagórowskiego cmentarza, fot. A Węcławiak

Nagle zauważyłem grupę bardzo starych grobów, mocno zniszczonych, poprzewracanych, z zatartymi biegiem czasu, niejednokrotnie nieczytelnymi już napisami. Ta część cmentarza wyglądała zupełnie inaczej, niż pozostała, ta wypełniona błyszczącymi nagrobkami z ostatnich lat. Tutaj znajdują są groby ewangelików z parafii Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego w Zagórowie. Przyznam, że niewiele na ten temat wiedziałem, i choć sprawami jakiejkolwiek relgii niezbyt się zajmuję, jednak te groby  – jako  część bogatej historii tego regionu – bardzo mnie zaintrygowały. Podczas tej krótkiej wycieczki powstały piękne, choć bardzo smutne zdjęcia. Bo może dla jednych to tylko przedstawione na nich stare kamienie, niewiele warte, z których już i tak nie wynika, kto był tam pochowany, ale dla mnie, każda rzecz, która kiedyś miała jakieś znaczenie dla kogoś, jest bardzo cenna. Bo można z niej dowiedzieć się nie tylko o historii tej ziemi, ale przede wszystkim dowiedzieć się czegoś o ludziach, którzy kiedyś tu żyli i są tu pochowani, a o których nikt już nie pamięta. Tak wtedy mi się wydawało, jednak myliłem się bardzo…Tylko do dowodów pamięci trzeba mi się było długo przekopywać przez zaspy przemilczeń.

Przystając obok jednego z grobów, Aneta powiedziała:

– Ta mogiła jest dla mnie  wyjątkowo ważna…

Patrząc na niemiecko brzmiące nazwiska na tablicy nagrobkowej, wiedziałem, że to nie może być jej rodzina. Odpowiedziała, że to skomplikowana historia i że trudne były powojenne czasy dla ewangelików w Zagórowie, szczególnie tych niemieckiego pochodzenia. Sugerowała, żebym odwiedził te zapomniane cmentarze ewangelickie, których sporo jest w okolicy, żebym poznał historię tej ziemi, spotkał się z ludźmi, którzy pomogą mi lepiej zrozumieć tamte skomplikowane czasy. Wtedy też poprosiła o pomóc w poszukiwaniach dokumentów, zdjęć
i innych śladów po Rudolfie i Annie Poschitzki, nad których grobami właśnie staliśmy.  Pomyślałem sobie, czemu nie? I obiecałem, że wrócę do tego tematu niebawem…

******

FRYDHOF i Przyjaciele…czyli niestraszne nam ruiny i zarośla

Któregoś dnia, wpada do mnie jeden z lokalnych regionalistów, wpycha w auto i jedziemy gdzieś poza Zagórów. Dopiero w drodze wyjaśnił, że jedziemy do Grodźca, uporządkować teren przy ruinach kościoła ewangelickiego
i tamtejszego cmentarza. Uprzedzony, że będzie brudno, mam na sobie jakieś ciuchy robocze i rękawice. Wysiadamy, z bagażnika wyciągamy łopaty, siekiery i pchamy się przez gęste zarośla. Wyłaniają się z nich potężne, czerwone mury jakiegoś starego kościoła, w sumie niedaleko drogi, ale tak pokrytego gęstymi drzewami i różnymi krzakami, że zupełnie niewidocznego nawet z niewielkiej odległości. Kościół ewangelicko-augsburski, budowany przez 20 lat pomiędzy 1846 a 1866, powoli popadający w ruinę po II wojnie światowej, doszczętnie spalony w 2000 roku. To tu idziemy, a plan jest prosty: użyć siły naszych rąk, żeby choć trochę oczyścić te ruiny z zarośli i rosnących już nawet w środku zawalonej budowli sporych drzew.

Ruiny kościoła w Grodźcu, fot. B. Michalski

Nie jesteśmy sami. Czeka na nas mała grupka nawiedzonych wariatów w osobach Urszuli Karolczak, Przemka Wisialskiego, Damiana Kruczkowskiego i kilku innych, od lat działających w Stowarzyszeniu FRYDHOF, które właśnie opiekuje się i chroni od zapomnienia stare kościoły i cmentarze ewangelickie w rejonie Konina, Koła, Słupcy i Zagórowa. Nikt w tej grupie nie ma żadnych specjalnych zadań, nikt nie robi szczegółowych planów ani harmonogramów. To jest najczystsza w swojej postaci spontaniczność, improwizacja i pasja, która ich łączy od dawna. W życiu prywatnym mają różne zawody, pracują w bibliotece, domu opieki, urzędzie. Ale regularnie co dwa tygodnie, idą w te krzaki i zarośla w różnych małych wsiach i miasteczkach, gdzie jeszcze odnaleźć można jakieś dawno zapomniane pozostałości po dużych kiedyś kongregacjach luterańskich. Pytam ich, czemu to robią? Bo tak trzeba. Patrzą na siebie z uśmiechem i idą dalej do roboty…

I ja zakasałem rękawy, a ponieważ mam sporo doświadczeń z prac leśnych w moim kanadyjskim rancho, zdeklarowałem się do „siekierezady”, czyli pracy na wyrębie. Dostałem znakomitą piłę spalinową, którą Przemek
w przeddzień zakupił gdzieś w markecie. Ja zaatakowałem rosnące wewnątrz budynku drzewa z takim samym zaangażowaniem jak u siebie w Kanadzie, no i jasne, że po trzecim drzewie z piły poszedł dym, coś tam w środku zgrzytnęło i  nieszczęsna piła zamilkła na wieki, tak jak już dawno zrobiły to dzwony w tym kościele. Pozostały ręce
i siekiery i po jakimś czasie następny kawałek tych starych ruin kościelnych został oczyszczony. Następnym etapem był cmentarz ewangelicki w tej samej miejscowości, gdzie tym razem skupiliśmy się na dawno zapomnianych grobach. Połamane pomniki, zapadnięte grobowce, kamienne fragmenty krzyży to typowy widok
w takich miejscach. A tutaj już pracy było wykonanej dużo w poprzednich latach, drzewa i zarośla zostały usunięte za pomocą mięśni i determinacji tej grupy entuzjastów.

Na koniec ognisko, kiełbaski pieczone na patykach i okazja do rozmowy o minionym dniu i planach na przyszłość. Ten moment był niezwykły. Bo jesteśmy tam, wśród ciszy i majestatu dawnych grobowców, zdawałoby się, że naruszamy ten spokój swoimi rozmowami i śmiechami. Ale jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że przyszliśmy
w oczekiwane odwiedziny. Przyszliśmy z opieką i dobrym słowem dla tych dusz dawno już zapomnianych. I jestem pewien, że tak jak my cieszyliśmy się z tego dobrze spędzonego czasu, one tez miały chwilę radości. Bo po 100 latach ktoś do nich zapukał. Łopata i grabie w naszych rękach były ramionami, które ich objęły. I będą obejmować dalej, na tym i innych cmentarzach ewangelickich na tym kawałku doliny Warty.

Wracając późnym popołudniem, myślałem o tym co się w ten dzień wydarzyło w Grodźcu. Bo można byłoby powiedzieć, że niewiele. Pare wyciętych drzew i krzaków, kilka wyprostowanych nagrobków. Niewiele. Ale jednak, aż tyle. Bo co się wydarzyło, to zrozumienie i troska o odległą historię tej ziemi. I to, że nikt z nas robić tego nie musiał. A przecież to wszystko jest takie proste – jeśli nikt nie będzie dbał o pozostałości naszych przodków, to kto będzie dbał kiedyś o nasze…

FRYDHOF i Przyjaciele na cmentarzu w Olchowie. Od lewej: Łukasz Parus, Jakub Łojewski i Joanna Graszk-Łojewska, Grzegorz Cieślewicz, Dariusz Śruba, ks. Waldemar Wunsz, Przemysław Wisialski, Marcin Marciniak, Bogdan Michalski oraz Katarzyna Połom. Fot. Urszula Karolczak

A później – jeszcze jedna z wielu wypraw z tą grupą entuzjastów. Niewielkie wzgórze porośnięte lasem, przed którym zatrzymałem samochód. To miejsce niedaleko mojego Zagórowa nie wyróżniało się na pierwszy rzut oka niczym szczególnym. Spore drzewa, dzikie krzaki i zarośla, wydawać by się mogło, nic tu nie ma. Są tu jednak, a raczej były, wsie Olchowo i Mały Las, razem obejmują obszar około 10 km kwadratowych. Przed drugą wojną światową większość mieszkańców tych wsi stanowili osadnicy pochodzenia niemieckiego, choć wielu z nich utożsamiało się z polskością i uważali się za Polaków, niejednokrotnie od kilku pokoleń. Chodzili do polskich szkół, doskonale władali polskim językiem. A potem wybuchła druga wojna światowa, podczas której kazano im zapomnieć o tym,
że czuli się Polakami. Za świadomą i za wymuszoną przynależność do narodu niemieckiego zapłacili po wojnie. Masowe wysiedlenia i prześladowania doprowadziły do całkowitego opustoszenia tych terenów, do tego stopnia,
że gęsto zaludnione wsie Olchowo i Mały Las praktycznie przestały istnieć, mieszkańcy w większości wyjechali,
a domy zostały rozebrane na materiał budowlany, reszta się po prostu rozpadła. Do dziś można jedynie zobaczyć nieliczne gospodarstwa które przetrwały z poprzednich kilkudziesięciu i zarośnięty, zaniedbany cmentarz augsbursko-ewangelicki w Olchowie.

Było nas niewielu, kilku ludzi z łopatami i innymi narzędziami i wydawało sie, że właściwie jakby nikogo nie było na tle tego zalesionego wzgórza poza tylko kilkoma poruszającymi się postaciami. Było jednak coś mistycznego w tym miejscu. Sposób w jaki te postacie się poruszały, ostrożny, bez zbędnych słów, mówiły, że jednak nie tylko te drzewa i zarośla tam były, ale że coś jednak ukrywały pod swoimi głęboko wrośniętymi korzeniami. Groby. Niewidoczne, zapadnięte głęboko w ziemię, porośnięte trawą, przykryte grubą warstwą opadających jesiennych liści. Dziesiątki grobów, pozostałości po licznych niegdyś w tych okolicach wyznawców kościoła ewangelickiego, Niemców
i Polaków. W tym dniu był także na tym cmentarzu rzadki gość. Program Teleskop Powiatów z TVP w Poznaniu kręcił krótki reportaż o działalności Stowarzyszenia FRYDHOF, gdzie miałem okazję powiedzieć kilka słów.

Podczas wywiadu dla lokalnej telewizji.

Takie wzgórza istnieją przy każdej prawie okolicznej wsi…

Anielewo, Chruściki, Łazisk, Michalinów, Olchowo, Zagórów. 54 cmentarze w najbliższej okolicy….

I wiele nieznanych, zapomnianych. Obraz z tymi kilkoma postaciami poruszającymi się na wzgórzu w Olchowie już nie wydaje się być pusty. Tysiące dawno już zapomnianych dusz są gdzieś w ich tle, niewidoczne za mgłą minionego czasu. Wrażliwe oko potrafi jednak je dostrzec i byc może ocalić od zapomnienia. To przecież też historia tej ziemi…

******

Lecąc tutaj parę miesięcy później z Kanady, a właściwie wracając już na stałe nad Wartę i Rudawę, miałem inne plany. Plany na spokój i wyciszenie po długotrwałym „wyścigu szczurów” w dynamicznym i hałaśliwym świecie korporacji i biznesu. Plany na oddech na porannych, zamglonych łąkach. Wyprawy z kamerą na lecące żurawie i na bobrowe żeremia. Przyzwyczajony do anonimowości zachodniego świata, chciałem też w pewnym sensie pozostać tutaj anonimowy, chciałem żyć swoim życiem nie przeszkadzając nikomu, nie wnikając za bardzo głęboko w relacje sąsiedzkie czy rodzinne. Ale po trochu, powoli, zaczynałem być zaciekawiony tutejszymi mieszkańcami i ich historią. O wielu z nich zresztą pisałem wcześniej w różnych publikacjach, o emigrantach z Zagórowa i okolic, którzy wyjechali za chlebem do Ameryki na początku XX wieku. Ale wtedy jeszcze nie rozróżniałem z jakich byli narodowości czy religii. Kmieciak, Marcjan, Buetler, Bauman, Lewin, Parus, Richter, to dla mnie byli wszyscy po prostu zagórowiacy. Poznając jednak z czasem tutejszych mieszkańców, zacząłem odkrywać głębszą historię tego miasta. To już nie tylko było miejsce Kościoła Rzymsko Katolickiego, stojącego tak bardzo blisko domu mojego dziadka. Jest tutaj także Kościół Ewangelicki. Była Synagoga, niestety już nie istniejąca. To już nie tylko było miejsce Polaków. Mieszkali tutaj także niemieccy osadnicy, Olędrzy i Żydzi. Niejednokrotnie losy tych grup religijnych czy narodowościowych były bardzo skomplikowane i tragiczne. Podziały i rany zostały do dziś, choć już może nie tak wyraziste. Po wielu wirach historii, po obu światowych wojnach, niemieccy osadnicy czy żydzi to już przez wielu dawno zapomniana historia. Z biegiem lat zniknęli ludzie, zniknęły domy gdzie się rodzili, pracowali
i umierali, zniknęły całe wsie, zapadła cisza. Pozostały jedynie cmentarze, które też powoli znikały zarośnięte lasem, zapadały się nagrobki, a i  wiele z nich zostało użytych jako materiał budowlany przez okolicznych mieszkańców.
To jest historia tej ziemi. Tragiczna, czy wspaniała – to już nieważne. Ale to jest historia, ci zapomniani już dawno ludzie, religie czy narodowości, należeli do tutejszej społeczności. Tu był ich dom, ich świat, tutaj pracowali
i budowali ten kraj, Polskę, każdy na swój sposób i możliwości. I choć wydawać by się mogło, że nic już nie zostanie z tych starych cmentarzy, znaleźli się jednak ludzie, którzy nie mogą pozwolić, aby historia tych nieistniejących już mieszkańców została zapomniana. Członkowie Stowarzyszenia FRYDHOF, członkowie kongregacji ewangelickiej
z parafii w Koninie, miejscowi regionaliści. I ja, zabłąkany przybysz z dalekiego kraju, który przecież nie po to tu przyjechał, żeby w tej starej ziemi kopać. A jednak coś mnie w tą działalność wciągnęło.

 Czemu to robię? I ja nie umiałem odpowiedzieć na to pytanie, uśmiecham się tylko, no bo jak nie tacy jak my, to kto? Czytając stare tablice na tych nagrobkach, zwietrzałe i połamane, leżące w piachu od kilkudziesięciu lat, zaczęły się przewijać te same niemieckie nazwiska, jak „moich” emigrantów z książki „Dawno temu w Ameryce”, którą wydałem nie tak dawno. Beutler, Richter i inni. I wtedy jakby koło historii się zamknęło dla mnie. To już nie byli tylko zagórowiacy. To byli też ewangelicy, niemieccy osadnicy, obywatele tej samej Ojczyzny, Polski. Każdy z nich miał swoje życie i rodzinę, niektórzy wyjechali za chlebem, inni zostali. Niektórzy zginęli w zawieruchach wojennych, niektórzy zostali przymusowo wysiedleni, nieliczni pozostali.

*******

Anna i Rudolf Poschitzki

Maj przyniósł ciepło i słońce, wszystko kwitnie i żyje,  wszystko wygląda jaśniej i radośniej niż poprzedniej jesieni, kiedy nieraz w deszczu i o zmroku poruszaliśmy się jak zjawy jakieś po okolicznych cmentarzach ewangelickich.

Minęło trochę czasu od ostatniej rozmowy z Anetą na temat ewangelików , od tamtej jesieni zrozumiałem lepiej historię tej ziemi, odwiedziłem zapomniane cmentarze skryte w okolicznych lasach,  zobaczyłem i dotknąłem zapadnięte mury starych domów wybudowanych z rudy żelaza,  rozmawiałem z ludźmi, którzy jeszcze te czasy pamiętają. Obiecałem wtedy, że postaram się poszukać śladów po Annie i Rudolfie Poschitzkich.  Ich historia okazała się na  tyle interesująca i bogata, że na moim zagórowskim biurku piętrzy się teraz stos zdjęć, dokumentów, ręcznie spisanych kartek i nagrań. Z tych materiałów powstaje książka, którą chciałbym zatytułować „Powroty Rudolfa”.

Poniżej kilka jej krótkich fragmentów:

„Rudolf Poschitzki urodził się w 7 października 1910 roku w Olchowie, znanym wtedy pod nazwą Sophiental. Właściwie nazywał się wtedy Poszycki, jego ojciec Wilhelm i dziadek Fryderyk, także urodzeni w tej samej miejscowości, używali polsko brzmiącego nazwiska. Jest to ważne dla naszej historii i jak się później okaże, będzie miało decydujący wpływ na całe życie Rudolfa.

 Na przełomie XIX i XX wieku w tych rejonach Wielkopolski mieszkali etniczni Niemcy i Polacy – poprzez pokolenia tak między sobą wymieszani, że wielu nie potrafiło się określić, czy są Niemcami polskiego pochodzenia, czy może Polakami z niemieckimi korzeniami. W dokumentach Rudolfa wydanych już w niepodległej Polsce, wpisana jest narodowość niemiecka, ale jako język macierzysty – polski. Ale jak to, zapytacie,  jak macierzysty język może być inny niż narodowość? Owszem, może.  I ja to może lepiej rozumiem, bo ponad połowę życia spędziłem w Kanadzie
i sam mam problemy z definicją mojego obywatelstwa, bo mam oba.

Rudolf  był synem biednego rolnika a jego społeczny status można by było określić jako „wyrobnik rolny”. Pracował na ziemi swojego ojca, niewiele tego pod uprawy było, bo ci najbiedniejsi posiadali pola nie większe niż pół hektara. Najmował się więc do pracy u większych gospodarzy,  żeby jakoś przeżyć i uzbierać pieniądze na swoją własną gospodarkę. Pracował tak do 1931 roku, w którym to, a dokładnie 12 listopada, został powołany do odbycia czynnej, dwuletniej służby wojskowej. Pierwsze kroki w wojsku stawiał w kompanii strzeleckiej 9-go pułku piechoty legionów w stopniu strzelca. 9 pułk piechoty legionów stacjonował w Zamościu pod dowództwem ppłk Stanisława Machowicza, późniejszego komendanta Warszawy podczas wojny obronnej 1939 roku. 14 kwietnia 1932 roku Rudolf został przydzielony do Korpusu Ochrony Pogranicza „Czortków” na Podolu, który ochraniał granicę państwa
z Rumunią wzdłuż rzeki Zbrucz. Do czasu przeniesienia do rezerwy 12 listopada 1933 roku, służył tam w kompanii saperów. W czasie słuzby Rudolfa w KOP, jego dowódcą był płk Artur Maruszewski, piłsudczyk, weteran Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), znanej również z działalności w okolicach Zagórowa w słynnej „Akcji Barka”

Rudolf służył jak każdy młody człowiek w wojsku polskim, bo w Polsce mieszkał, miał polskie obywatelstwo
i niewątpliwie dumny był z tego. Tu, w tym kraju było jego miejsce, jego dom, jego przodkowie. I tutaj też postanowił założyć rodzinę. Wracał z wojska do swojej wsi, Olchowa, wracał do ukochanej Anny…” (Ze źródeł archiwalnych Wojskowego Biura Historycznego)…”

****

„Uważaj, uważaj! Jeszcze wylejesz zupę dla Babci Ani (ciocia Basia krzyczała do mojej kuzynki)

Hej! Poczekajcie za mną, ja też idę z wami…

Przebiegliśmy razem na drugą stronę wiejskiej drogi (Dorotka, Marcin, Mirek i ja)

Mieliśmy wtedy po kilka lat, a ja jako najmłodsza tłukłam się zawsze ostatnia za nimi.

Z impetem wtargnęliśmy na ogródek, a ogródek był nie byle jaki…

Skromny, ale bardzo zadbany, bo babcia Ania uwielbiała kwiaty.

Maciejka pachniała już z daleka, a przez sztachety drewnianego płotu przebijały piękne Lilie.

Wbiegaliśmy przez drewnianą uliczkę, a dalej małą dróżką, obsadzoną drobniejszymi kwiatkami, już prosto do domu.

Dom był bardzo biedny, murowany z gliny i kryty strzechą.

Ostrożnie otwieraliśmy stare, skrzypiące drzwi zaglądając do środka.

Wejdźcie dzieci..dobiegał z kuchni  głos babci Ani.

Siedziała jak zwykle przy stole.  Drobna osóbka o siwych, upiętych wsówkami włosach i niebieskich oczach, siedziała jak zwykle przy stole uśmiechając się do nas przyjaźnie.

Pomieszczenie było bardzo małe. Nagle robiło się tłoczno jak wchodziła tam czwórka dzieci. Stare, drewniane meble i kuchnia węglowa, a tuż nad nią tradycyjne „makatki” wiszące na ścianie, z napisami, których nikt z nas nie potrafił wtedy odczytać: „Guten Appetit”.

Babciu, babciu! Przynieśliśmy obiad dla Ciebie! (wołaliśmy od progu)

Kochane moje…moje dzieciątka…

No poczekajcie, coś dla Was mam.

Z trudem podnosiła się z krzesła, aby wyjść do pokoju obok, a my tylko na to czekaliśmy, bo każde z nas wiedziało i czekało na ten moment. Będą czekoladki!, pyszne, tylko u babci takie. Tu nie można było w sklepach takich kupić, U babci najlepsze – niemieckie…

To codzienne noszenie obiadów, w którym czasami uczestniczyliśmy, to dlatego, że ciocia Basia przez wiele lat z życzliwości opiekowała się  „Babcią Anią”, która mieszkała po śmierci męża samotnie przez wiele długich lat, a dotknięta starością nie radziła już sobie z obowiązkami dnia codziennego.” ( ze wspomnień Anety Węcławiak )

„Anna Schlender była o cztery lata starsza od Rudolfa. Drobna z budowy i bardzo wyciszona, taką ją wszyscy wspominają. Znali się właściwie „od zawsze”, jako że pochodzili i mieszkali niedaleko od siebie, on w Olchowie,
a ona w Małym Lesie w sołectwie Skokum. To do niej właśnie Rudolf wrócił po przeniesieniu do rezerwy i w kilka miesięcy później wzięli ślub w kościele ewangelicko-augsburskim w Zagórowie.

Wybudowali dom w Olchowie, niewielkie gospodarstwo z chlewem i stodołą, pod numerem 4, po południowej stronie rzeczki Czarna Struga, potocznie dzisiaj zwaną Rudawą. Po obu stronach Czarnej Strugi było ponad sześćdziesiąt gospodarstw, z których do dnia dzisiejszego pozostały tylko dwa. Pozostałe zostały po zakończeniu wojny odebrane właścicielom pochodzenia niemieckiego i zburzone lub rozebrane na materiał budowlany. Gdzieniegdzie można jeszcze zobaczyć resztki fundamentów zarośniętych drzewami, są fragmenty cmentarza ewangelickiego w Olchowie, również zarośnięte starym lasem. Trudno się z tym oswoić, chodząc po tych pustych teraz łąkach i polach, że jeszcze tak niedawno to miejsce tętniło życiem. Niewiele wiemy na temat życia Rudolfa
i Anny w tym okresie. Zapewne tak jak i wielu innych, pracowali w pocie czoła na swoich małych gospodarstwach
i cieszyli się każdym przeżytym dniem, planowali swoją przyszłość, na pewno chcięli mieć liczne potomstwo. Tą skromną stabilizację, to ciche i spokojne życie skończyło się 24 sierpnia 1939 roku, w którym to dniu Rudolf Poschitzki został zmobilizowany do służby czynnej na tydzień przed wybuchem II wojny światowej…

***

„…Kampania wrześniowa była dla Rudolfa krótka. Zmobilizowany został do kompanii strzeleckiej 58 Pułku Piechoty Wielkopolskiej, wchodzącej w skład 14 Wielkopolskiej Dywizji Piechoty działającej w ramach Armii „Poznań”. Miejscem mobilizacji był Poznań, żołnierze przybywali do okolicznych szkół rozmieszczonych w pobliżu koszar pułku, m.in. do Gimnazjum przy ul. Mylnej. Pułk osiągnął gotowość marszową 27 sierpnia. Stan osobowy wynosił
92 oficerów oraz 3212 podoficerów i szeregowych. Brał udział w jednej z najbardziej znanych i najbardzej zajadłych bitew kampanii wrześniowej, Bitwy nad Bzurą. Uczestniczyły w niej dwie polskie armie „Poznań” i „Pomorze”,
o stanie liczebnym ponad 150 tys. żołnierzy pod dowództwem gen. dyw. Tadeusza Kutrzeby. Armie te, zepchnięte przez przeważające siły niemieckie ze swoich pozycji obronnych, podjęły odwrót na Warszawę, aby wzmocnić obronę stolicy. W dniach 7 i 8 września ich drogi odwrotu zostały jednak odcięte przez jednostki 8 armii niemieckiej gen. Johannesa Blaskowitza, która maszerując na Warszawę równoległe do sił polskich, znacznie je wyprzedziła. Zapoczątkowało to wielką, trwającą blisko dwa tygodnie, bitwę toczącą się wzdłuż Bzury od Łęczycy, aż po jej ujście do Wisły oraz na terenie Puszczy Kampinoskiej.   Natarcie niemieckie doprowadziło do okrążenia sił polskich na zachodnim brzegu Bzury. Oddziały polskie poddały się. Do niewoli dostał się gen. T. Bortnowski i ok. 170 tys. żołnierzy, w tym wielu rannych. W bitwie nad Bzurą poległo prawie 16,5 tys. żołnierzy polskich, w tym generałowie: Franciszek Wład, Stanisław Grzmot-Skotnicki i Mikołaj Bołtuć. Rannych zostało 32 000 żołnierzy. Niemieckie straty szacowane są na ok. 8 tys. zabitych i rannych. W beznadziejnej sytuacji części wojsk polskich udało się wyrwać z okrążenia.  

Dla Rudolfa Poschitzkiego, strzelca Kompanii Strzeleckiej 58 Pułku Piechoty Wielkopolskiej 14 Dywizji Piechoty Armii „Poznań”, obrona ojczyzny dobiegła końca 22 września 1939 roku, w dniu w którym dostał się do niewoli niemieckiej. Cztery tygodnie po mobilizacji, kiedy opuszczał swoją wieś Olchowo koło Zagórowa, Polska z jakiej wyszedł na wojnę, przestała istnieć. 14 października, zwolniony z niewoli, po raz drugi po służbie dla Ojczyzny, wracał znów do ukochanej Anny. Nie wiedział jeszcze, że to nie jest jeszcze ostatni powrót…” (Ze źródeł archiwalnych Wojskowego Biura Historycznego)…”

Rudolf Poschitzki został przez ludzi i historię zapomniany. Z wyjątkiem tej garstki, którzy mu po wojnie pomagali, (rodzina Bednarków ze Skokumia i księdz Mendrok), nikt o nim ani o Annie dziś już nie pamięta. Na piedestały historii dostają się dowódcy, politycy, narodowi bohaterowie. Ale to nie oni tworzą w gruncie rzeczy historię narodów i krajów, ta historia jest tworzona rękami i życiem tysięcy Rudolfów, tysięcy zwykłych, szarych obywateli, szeregowych żołnierzy, prostych, niewykształconych ludzi. To właśnie oni, oderwani od ciężkiej pracy na roli czy
w fabryce, stanowili tą główną siłę postawioną do walki z wrogiem, to oni cierpieli w okopach, to oni umierali jak było potrzeba, wielu z nich nawet grobu nie ma, ich kości porozrzucane wiatrem historii czekają cierpliwie aż ktoś, kiedyś może je odnajdzie. Piedestały i pomniki nie są dla nich.

Rudolf był jednym z tych zapomnianych bohaterów. Walczył za Ojczyznę, za Polskę, cudem przeżył, choć w sumie spędził na wojnie niemal cztery lata. Przeszedł długi i ciężki szlak bojowy, ale od Ojczyzny, za którą tak walczył, nie dostał nic. A za swoje pochodzenie, został mu zabrany ten skromny kawałek ziemi i dom, był prześladowany przez władzę i ludzi, nigdy się o nic nie upominał. Tak skromnie jak żył, tak i umarł. Pochowany w niepozornym grobie na cmentarzu w Zagórowie, u boku swojej Anny do której kilkakrotnie wracał z zawieruch historii, wydawałoby się, że będzie tam w spokoju leżał nie zauważony przez nikogo. Ale nie będzie mu to dane. Zostanie ponownie wywołany do szeregu, stanie przed nami, ale tym razem nie pozwolimy mu milczeć. Ten syn ziemi Zagórowskiej stanie wreszcie na piedestale naszej pamięci i wreszcie do nas przemówi…

Nie będzie musiał już nigdzie wracać, dotarł do nas i w naszych sercach zostanie na zawsze…”

                                                                                 *******

Tutaj pozostawimy Rudolfa i Annę, których szersze losy obiecuję zawrzeć w osobnej publikacji. Oboje już od dawna nie żyją, nie pozostało już po nich nic : dom, w którym żyli po wojnie już dawno się rozpadł, stare meble skończyły
w czyimś piecu. Nie mieli też dzieci. Wydawałoby się, że odejdą w zapomnienie, jak wielu innych ewangelików, Polaków pochodzenia niemieckiego. Mieszkając połowę mojego życia w Kanadzie, a nawet jeszcze bedąc w Polsce, nie dostrzegałem tego tematu, nie wyłonił mi się on z ukrycia i mroków historii. Może i gdzieś był, ale mnie nie dotyczył, nie byłem go świadomy. Życie jednak jest  nieprzewidywalne, a gdzieś za najbliższym rogiem, może czekać na nas niespodzianka, której jeszcze przed chwilą nie moglibyśmy sobie wyobrazić. Niezmiernie małe
i prawie niezauważalne zmiany w rutynie dnia, przelatujący gdzieś w telewizji obraz czy tekst w internecie, zmiana w rozkładzie lotu i wiele innych przypadkowych rzeczy spowodował zmiany, efektem których mój pierwotnie zaplanowany krótki, pisarski pobyt w Zagórowie, legł w gruzach. Poznałem historię tej ziemi, poznałem ludzi, i tych żyjących i tych co już z nami nie ma, powoli wrosłem ponownie w świat moich przodków i tak już chyba zostanie.
Wdzięczny jestem, że moje wcześniejsze plany runęły, bo dzięki temu zwolniłem prędkość swojego życia
i zacząłem widzieć rzeczy, których nie mógłbym zobaczyć przedtem. Te stare nagrobki w Olchowie i na innych cmentarzach ewangelickich, wspólna praca przy ich porządkowaniu z nowo poznanymi przyjaciółmi, historie
o ludziach których już nie ma, o domach już dawno zaoranych – jest bezcenna. I do końca pozostanę wdzięczny tym wszystkim, dzięki którym tutaj zostaję. Jest ich za wielu, żeby dziękować z imienia i nazwiska. Oni sami wiedzą…

Ważne miejsce pośród nich zajmują Anna i Rudolf Poschitzki.

Bogdan Michalski

Przypominamy o trwającej zbiórce na wydanie książki, poświęconej ewangelikom Ziemi Zagórowskiej. Jednym z nich był bohater powyższej opowieści:

https://pomagam.pl/ewangelicyzagorow

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s