Niezłomny porucznik Kinowski 

Chłopiec, który marzył o mundurze

Stanisław Kinowski urodził się 19 czerwca 1917 r. w Zagórowie. Od najmłodszych lat był odważnym chłopcem. Niczego i nikogo się nie bał… wyłączywszy rodziców, których bardzo kochał i szanował. W chłopięcych zabawach zawsze odznaczał się jako najlepszy,  najsprawniejszy, najszybszy i najsilniejszy. Interesowały go militaria. Uwielbiał bawić się w wojnę. Wraz z kolegami biegał z karabinem zrobionym ze starej deski. Wszystkim mówił, że zostanie zawodowym żołnierzem.

Mieszkał w budynku z czerwonej cegły przy ulicy Kilińskiego, vis à vis knajpy Łukaszewskiego. Ojciec, Józef, był rzeźnikiem. Matka, Regina, z domu Perzyńska, troskliwie opiekowała się dziećmi i prowadziła dom. Stanisław miał siostrę Wandę i braci Henryka, Mieczysława i Józefa. Henryk został w przyszłości rzeźnikiem. Prowadził jatkę u Welkego na Małym Rynku. Po wojnie w tym budynku mieścił się  sklep „nabiałowy”.

W 1931 r. zmarła matka Stanisława. Młodzi Kinowscy zostali  półsierotami. Prowadzenie domu w pewnej części przypadło Wandzie. Śmierć matki była dla rodziny ogromnym ciosem. Mimo trudnych doświadczeń Stanisław nie porzucił swoich planów. Miłośnik militariów dotrzymał słowa. W latach 1933–1936 uczęszczał do  Szkoły Podoficerskiej Piechoty dla Małoletnich Nr 2 w Śremie. Następnie rozkazem dziennym nr 121 z dnia 31 sierpnia 1936 r. został przydzielony do 28. Pułku Piechoty w Łodzi.

Mówiono w mieście, że jest  strzelcem doborowym. Przed wojną kilka razy w roku odwiedzał rodziców. Przyjeżdżał ubrany w mundur i wypastowane na glanc oficerki. Był dwudziestoparoletnim przystojnym mężczyzną, zrównoważonym, o dżentelmeńskich manierach. Nic dziwnego, że przykuwał wzrok  płci pięknej i wzbudzał zainteresowanie mieszkańców Zagórowa.

Wrzesień 1939. Walka nad Bzurą

Gdy wybuchła wojna, porucznik Kinowski walczył dzielnie z okupantem w bitwie nad Bzurą, największym ruchu zbrojnym kampanii wrześniowej, gdzie został ranny i do łokcia amputowano mu lewą rękę. Krążyły wieści, że jako wyśmienity strzelec, zabił wielu Niemców, strzelając do nich zamaskowany z wysokich drzew.   

Ojciec, Józef, w czasie okupacji zginął w nieszczęśliwych okolicznościach. Podczas bardzo mroźnego zimowego dnia, wybrał się na łąki do Ciążeńskich Holendrów, aby w ukryciu zabić cielaka. Prawdopodobnie na skutek pęknięcia pokrywy lodu, wpadł do wody. Nie mógł się wydostać i zamarzł. Ciało rzeźnika przywieziono na wozie do Zagórowa. Wyciągnięte do góry zamarznietę ręcę obrazowały  jego tragiczną śmierć. Od tego momentu Stanisław, Henryk, Mieczysław, Józef i Wanda musieli sami sobie radzić w życiu.

Żołnierz został zwolniony z obozu jenieckiego w 1940 r. i wrócił do Łodzi. Wkrótce ożenił się z Marią Stasiak i wstąpił do Armii Krajowej. W AK posługiwał się pseudonimem „Boy”.  Żonę poznał przed wojną na dansingu. Słynął z zamiłowania do tańców, toteż  znajomi nazywali go żartobliwie „Lwem Salonów”. Spodobał się łodziance podczas jednej potańcówki. Chciała go poprosić do tańca, gdy orkiestra grała biały walc, lecz on ją uprzedził. W tych okolicznościach, skądinąd romantycznych, rozpoczęła się ich znajomość, a później miłość.   

Kinowski  zamieszkał wraz z żoną i teściami przy ulicy Ogrodowej w Łodzi, ale nie zapominał o rodzinnym mieście. Bywał w okresie wojny w Zagórowie.

Ucieczka z posterunku gestapo

W 1941 lub 1942 r. (trudno wskazać dokładnie) rozeszły się po miasteczku słuchy, że hitlerowcy aresztowali porucznika i zaprowadzili na posterunek gestapo. Pogłoski okazały się, niestety, prawdą.

Siedziba nazistów znajdowała się na Dużym Rynku w okazałej kamienicy, w której  przed wojną  mieszkał Żyd Chajm-Juda Jedwab i prowadził sklep tekstylny (obecnie w budynku mieści się apteka). Kupiec wyjechał przed okupacją z synem do Australii.  Planował w późniejszym czasie sprowadzić pozostałych członków rodziny na antypody. Niestety  wojna pokrzyżowała plany. Niemcy zamordowali większość jego familii. Holokaust przeżył tylko syn Leon, który zamieszkał w Melbourne, gdzie dożył sędziwego wieku.

Przy wejściu do posterunku wisiała swastyka. Hitlerowcy z pogardą wepchnęli pobitego Kinowskiego do środka. Zaprowadzono go do pokoju przesłuchań, znajdującym się od strony podwórza. Na ścianie widniał portret Hitlera. Stały dwa krzesła i ława. Część gestapowców naradzała się w drugim pomieszczeniu. Porucznika przesłuchiwał jeden esesman. Zazwyczaj przesłuchujący hitlerowcy byli bezlitosnymi sadystami, bijącymi do nieprzytomności zatrzymanych. Kinowski nie bał się Niemca. Zachowywał żołnierską godność i milczał. Siedział ze spuszczoną głową, lecz kontrolował sytuację. Podszedł do niego pewny siebie esesman. Aresztowany, wykorzystując chwilę nieuwagi gestapowca, szybkim ruchem wyciągnął pistolet z jego kabury:- „Jak piśniesz słowo, będziesz trupem” – wyszeptał.

Podjęta akcja była bardzo ryzykowana. Kilku uzbrojonych nazistów kontra pobity Polak? Kinowski nie miał za wiele szans, by wygrać w tym starciu, jednak postawił wszystko na jedną kartę.

W pokoju przesłuchań zapadło milczenie. Z sąsiedniej izby dochodziły rozmowy nazistów. Niemca sparaliżowało. Niedowierzał, że tak łatwo dał się podejść. Spojrzał w kierunku kolegów. Po chwili namysłu ustąpił. Wybrał własne życie. Żołnierz mając cały czas pistolet wycelowany w oprawcę, powoli tyłem zbliżył się do okna i  wyszedł przez nie na podwórze. Hitlerowiec stał jak słup soli. Uciekinier nie tracił czasu. Schował pistolet za pasek i pobiegł najszybciej jak to możliwe w kierunku dawnego końskiego targowiska.

Ludzie później mówili, że ukrywał się do późnej nocy w kanale pod ulicą Przemysłową. Przykryty błotem i liśćmi, obawiał się najbardziej wytropienia przez psy. Wieczorem udzielono mu pomocy w gospodarstwie Łabęckiego. Dostał chleb i stare ubranie. Niemcy przeszukiwali miasto i szukali  tropu.

Miesiąc w grobowcu

Doświadczony wojskowy nie chciał narażać życia kolejnych rodzin. Wiedział, że każda noc spędzona pod cudzym dachem mogła zakończyć się tragedią nie tylko dla niego, ale także dla ludzi, którzy zdecydowali się udzielić mu pomocy. Postanowił więc ukryć się w miejscu, którego Niemcy prawdopodobnie nie odważyliby się przeszukać – w grobowcu na parafialnym cmentarzu.

Przebywał tam około miesiąca. Pobliscy gospodarze, ryzykując własnym bezpieczeństwem, przynosili mu żywność i najpotrzebniejsze rzeczy. Resztę czasu pozostawał sam – w ciasnej, zimnej i pogrążonej w mroku krypcie, pośród trumien i wszechobecnej ciszy cmentarza. Każdy odgłos mógł oznaczać nadejście Niemców, a każdy kolejny dzień był walką z chłodem, wilgocią, samotnością i własnym strachem.

Możemy jedynie wyobrażać sobie, jak wielkiej odporności psychicznej wymagało przetrwanie w takich warunkach. W obliczu śmiertelnego zagrożenia człowiek jest jednak zdolny do rzeczy, które w normalnych okolicznościach wydawałyby się niemożliwe. Instynkt przetrwania okazał się silniejszy od lęku.

Ukrywany przez Niemca

Kiedy sprawa ucieczki z posterunku gestapo nieco przycichła, porucznika zaczęli ukrywać jego krewni, Beutlerowie. Niemiecko-polskie małżeństwo mieszkało w kamienicy przy ulicy Kilińskiego. Wuj Beutler był z pochodzenia Niemcem, do Zagórowa przeprowadził się z Lądu. Beutlerowa należała zaś do najbardziej ulubionych cioć Stanisława.  

Rodzina ukrywała strzelca na strychu przez kilka tygodni. Zapewniała mu wikt i opierunek. Warunki były o niebo lepsze niż w grobowcu. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Niemcy szukali Polaka, ukrywanego przez Niemca.  Beutlerowie bez wątpienia ryzykowali własne życie. 

Nie należało jednak przebywać zbyt długo w jednym miejscu. Stanisław zmienił kryjówkę. Załatwiono mu tzw. „lewe papiery”. Wyjechał z Zagórowa. Nie wiadomo dokładnie, gdzie się ukrywał.

Tragiczna pomyłka

O północy ciszę przerwał gwałtowny łomot do drzwi. Do budynku wtargnęli Niemcy. Ktoś doniósł, że ukrywa się w nim zbieg. Gestapowcy rozkazali mężczyźnie natychmiast się ubrać. W napiętej ciszy gospodyni zwróciła się do niego: „Józef”.

– „Nein! Das ist Stanisław!” – zaprotestowali skonsternowani naziści.

Kobieta nie straciła zimnej krwi.

– „To nie jest Stanisław. To jest Józef. Zaszła pomyłka” – odpowiedziała stanowczo.

Przez kilka długich chwil ważyły się losy ukrywanego żołnierza. Niemcy uwierzyli. Nie tracąc czasu, zbiegli po schodach i wtargnęli do sąsiedniego domu. Wyprowadzili stamtąd mężczyznę na podwórko. Byli przekonani, że schwytali poszukiwanego Stanisława Kinowskiego. Chwilę później padły strzały. Zginął niewinny człowiek, którego hitlerowcy omyłkowo uznali za zbiega.

Auschwitz

Właściwy Kinowski opuścił niezwłocznie mieszkanie. Nie wiadomo, gdzie się później ukrywał, ale w końcu dotarł do Łodzi. Prawdopodobnie ktoś z łódzkiego oddziału AK go zadenuncjował. W sierpniu lub wrześniu 1943 r. Niemcy aresztowali go w bramie budynku przy Ogrodowej. Marię Kinowską także zatrzymano. Więziono ją 10 dni. Opatrzność Boża jak również zmyślone tłumaczenia, że jest z mężem w separacji, spowodowały, że została cudem zwolniona z aresztu.

Porucznik znalazł się w poważnych tarapatach. Aż trudno w to uwierzyć, że nie rozstrzelano go na miejscu, tylko w październiku 1943 r. wysłano bydlęcymi wagonami do obozu koncentracyjnego w Auschwitz i nadano status nic nieznaczącej rzeczy, siły roboczej o numerze 159460. Auschwitz stanowił większą karą od śmierci. 

Eksperymenty pseudomedyczne

Porucznik został poddany eksperymentom pseudomedycznym. Lekarze SS wstrzykiwali w kikut jego lewej ręki flegmonę – ostre ropne zapalenie śródtkankowe, wywołujące silny ból, wysoką gorączkę i rozległe zakażenia. Każdy kolejny eksperyment oznaczał nowe cierpienie. W jego wyniku kikut amputowanej ręki skrócono aż do ramienia. Mimo nieludzkich warunków i fizycznego wyniszczenia Kinowski nie tracił nadziei. Zachował hart ducha i wolę przetrwania.

W obozowej rzeczywistości ogromną wartość miały nawet najdrobniejsze przejawy ludzkiej życzliwości. Porucznik pisał listy do żony Marii, dziękując za paczki i pozdrowienia. Do naszych czasów zachowały się dwa z nich. Przebywał również w jednym bloku ze Stanisławem Salskim z Rzgowa, który pracował w ogrodzie komendanta obozu. Salskiemu nieraz udawało się przemycić do baraku cebulę, czosnek lub owoce. Zdobytym pożywieniem dzielił się z Kinowskim, dając mu nie tylko dodatkową porcję jedzenia, lecz także nadzieję, że nawet w miejscu stworzonym do odczłowieczenia nie zanikła ludzka solidarność.

W Auschwitz zagórowianin poznał również Józefa Cyrankiewicza, późniejszego pięciokrotnego premiera Polski Ludowej. Pracowali razem przy obieraniu ziemniaków – jedną z wielu obozowych prac, które miały wyniszczać więźniów.

24 sierpnia 1944 r. Stanisław Kinowski został przetransportowany z Auschwitz do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Tam skierowano go do pracy w jednym z komand stolarskich. Kolejne miesiące oznaczały dalszą walkę o przetrwanie. Dopiero pod koniec wojny więźniów wyzwolili żołnierze Armii Czerwonej. Po latach okupacyjnej gehenny, obozów koncentracyjnych, eksperymentów pseudomedycznych i nieustannego zagrożenia śmiercią porucznikowi udało się ocaleć.

Powrót do życia

Po zakończeniu wojny Stanisław Kinowski wrócił do Łodzi, do ukochanej żony Marii. Po latach okupacyjnej gehenny mogli wreszcie rozpocząć wspólne życie. Wkrótce na świat przyszły ich dzieci – córka Elżbieta i syn Krzysztof. Porucznik założył firmę transportu ciężarowego. Początkowo prowadził ją wraz z najmłodszym bratem Józefem, a później samodzielnie. Mimo wojennych przeżyć starał się odbudować swoją codzienność i zapewnić rodzinie spokojne życie.

Pewnego dnia, będąc przypadkowo w Warszawie, spotkał Józefa Cyrankiewicza, którego znał jeszcze z Auschwitz. Przywitał go zwyczajnym: „Dzień dobry”. Usłyszał chłodną odpowiedź: „Nic nie mogę pomóc ani załatwić”. Krótkie spotkanie zakończyło się równie szybko, jak się zaczęło, pozostawiając zapewne gorzkie wspomnienie człowieka, z którym kiedyś dzielił obozową rzeczywistość.

Kilkanaście lat po wojnie do Zagórowa przyjechał mężczyzna z pasmami siwych włosów i bez lewej ręki – trwałym śladem wojennej gehenny. Spotykał się z rodziną i dawnymi znajomymi. Chętnie wspominał rodzinne miasto, opowiadał o ludziach i wydarzeniach sprzed wojny. O pobycie w Auschwitz milczał, podobnie jak wielu byłych więźniów obozów koncentracyjnych. Najczęściej mówił natomiast o tęsknocie za Zagórowem, który na zawsze pozostał jego rodzinnym miastem, choć los sprawił, że już nigdy w nim nie zamieszkał. Łódź stała się jego drugą małą ojczyzną.

Ostatnie lata

Los nie oszczędził go również w czasach pokoju. W Boże Narodzenie 1976 r. rodzinę Kinowskich dotknęła kolejna tragedia. Niespodziewanie na zawał serca zmarł dwudziestopięcioletni syn Krzysztof. Dla rodziców był to cios, z którym trudno było się pogodzić. Szczególnie boleśnie przeżył go ojciec, który wcześniej zdołał przetrwać wojnę, obozy koncentracyjne i lata okupacyjnego terroru.

Kinowski pozostał inwalidą wojennym. Mimo zasług dla Polski nie czuł, by państwo otaczało go należytą opieką. Niejednokrotnie spotykał się z utrudnieniami i obojętnością. Trudno było mu zrozumieć, że po wszystkim, co przeszedł, musi nadal zmagać się z przeciwnościami.

Porucznik Stanisław Kinowski zmarł 3 października 1991 r. w Łodzi po chorobie nowotworowej – chłoniaku. Spoczął na Cmentarzu Starym, najstarszej łódzkiej nekropolii, w rodzinnym grobowcu obok teściów, ukochanego syna Krzysztofa i żony Marii. Przeżył wojnę, okupację, obozy koncentracyjne i pseudomedyczne eksperymenty. Pozostała po nim historia człowieka, którego nie zdołały złamać najtragiczniejsze doświadczenia XX wieku.


Źródła i podziękowania                                                                                      

Powyższy tekst powstał na podstawie rozmów przeprowadzonych z Tadeuszem Maciejewskim (ur. 1927), dziadkiem autora, oraz informacji uzyskanych od Elżbiety Kinowskiej-Kaczor, córki porucznika. Serdecznie dziękuję dziadkowi i pani Elżbiecie Kinowskiej-Kaczor za poświecony czas i cenne wiadomości.

Opublikowane zdjęcia pochodzą z archiwum Elżbiety Kinowskiej-Kaczor.

Tekst w pierwotnej formie ukazał się w lokalnej prasie, obecnie został zredagowany przez KP na potrzeby publikacji na stronie Zagórów-Miejsce z Historią.

Zostaw odpowiedź